Rafał Pajor (@benegezerit) header
Rafał Pajor (@benegezerit) profile picture

Polecam: https://xitter.gq/t.co/9YqX9KZzKs https://xitter.gq/t.co/W2zxY6EQen https://xitter.gq/t.co/PJLhCmq6nI https://xitter.gq/t.co/Q8kZmOEg9R

Joined October 2013
Photo by Rafał Pajor (@benegezerit)Photo by Rafał Pajor (@benegezerit)Photo by Rafał Pajor (@benegezerit)Photo by Rafał Pajor (@benegezerit)Photo by Rafał Pajor (@benegezerit)Photo by Rafał Pajor (@benegezerit)Photo by Rafał Pajor (@benegezerit)Photo by Rafał Pajor (@benegezerit)Photo by Rafał Pajor (@benegezerit)
Szwecja i jej rewolucje czyli coś o czym nasi politykierzy nie mają pojęcia. gabriel-maciejewski.szkolana…
2
7
1
17
449
Rafał Pajor retweeted
Wszystko jasne.
4
13
37
875
Taki apel do młodszych pokoleń. Kochani, uczcie się poprawnie pisać i czytać w języku polskim bo inaczej wyrośniecie na takich kretynów jak były prezydent Bronisław Komorowski. #protip
1
4
16
411
Patrzcie jak dziś rano wyglądała strona Krakowa w angielskiej wersji wikipedii: en.wikipedia.org/w/index.php…ów&diff=prev&oldid=1384292498
1
1
1
157
Głupia sprawa ale Tusk nie może się teraz tłumaczyć, że wysłali policję do Warszawy bo tam było niebezpiecznie skoro pod TK była wesoła biesiada a poseł śpiewał piosenki na estradzie. #TakaSytuacja
2
4
1
40
1,055
Rafał Pajor retweeted
Wynoszenie Rosji i degradowanie Polski Odbywa się na naszych oczach od wielu już lat, a my nie dość, że traktujemy to lekko, to jeszcze niektórzy z nas uważają, że to jest właściwe, a do tego można na tym zarobić. Ilość publikacji, w różnych segmentach podkreślających wielkość, znaczenie i mityczną głębię Rosji jest porażająca. Mniej więcej taka sama, jak ilość publikacji celowo i mimowolnie zaniżająca znaczenie i wartość spraw polskich. Choć wszyscy jednocześnie dobrze wiedzą i widzą, że cała ta fascynacja Rosją realizowana jest w prezentowaniu patologii i strachu. I w zasadzie do tego się sprowadza. Większość z nas pamięta jeszcze masową kompromitację tak zwanych sowietologów, którzy w czasie rządów Gorbaczowa jeszcze, wieszczyli że ZSRR, utożsamiany przecież z Rosją, trwać będzie jeszcze długie dekady. Znawstwo bowiem Rosji i spraw rosyjskich polega na składaniu hołdu Moskwie. Analogicznie, choć odwrotnie jest z Polską – zainteresowanie nią polega na odsłanianiu jej słabości, albo wskazywaniu momentów sprawczych tam gdzie ich nie ma, a przekreślaniu tych, które rzeczywiście mają znaczenie. Format ten, podobnie jak format rosyjski, służy do gromadzenia wokół autorów tych rewelacji podekscytowanych niby-znawców. Wróciłem wczoraj do pisania, i bardzo się z tego cieszę. No, ale znów musiałem się zderzyć z tradycją humanistyczną i tradycją pisania o renesansowym dworze Zygmunta I. Szok jeszcze większy niż dawniej, a i wyjaśnienie dlaczego epigramaty i epitafia poetów tamtego czasu drukowane były sto lat temu po łacinie wyłącznie, nie potrzebuje już gloss i dodatków. Była to bowiem czysta pornografia, której łacina służyła do tego jedynie by ukryć deprawacyjny charakter utworów. Ten zaś, i wtedy i dzisiaj, powinien zostać ukryty, albowiem deprecjonuje humanizm. Z Rosją jest inaczej, tam każde świństwo omawiane jest szeroko i dokładnie, albowiem ma ono charakter nobilitujący. Siła, im bardziej brutalna tym lepiej, po staremu imponuje wszystkim. Tak, jakby nikt nie rozumiał, że Rosja w swojej polityce posługuje się wyłącznie podstępem i prowokacją, siły używając w ostateczności, wtedy jedynie kiedy pewna jest, że ofiara jest dużo i wyraźnie słabsza. I to też jest moment, w którym najłatwiej rosyjskich przywódców oszukać. Przekonanie bowiem o własnej wielkości wrosło im w serca. Momentów jednak, kiedy Moskwa i Petersburg dały się podejść i ograć jakoś w polskiej publicystyce historycznej się nie omawia. Dominują książki o wielkości i sukcesach, a także o masowych zbrodniach politycznych w Rosji, czyli straszenie. No i monumentalne opracowania historyczne pełne technikaliów, dotyczących wojny, na przykład na Krymie. No, ale takie publikacje mają charakter niszowy. Dominuje pseudowiedza i publicystyka sprzedawana pod hasłem – rosyjska ruletka. Choć jest to pojęcie literackie i mało z Rosją mające wspólnego. Tam bowiem – w Rosji – nikt nie ryzykuje bez potrzeby, a polityczna przebiegłość jest w wielkiej cenie od bardzo dawna. Polacy mają jeszcze jeden nawyk związany z pisaniem o Rosji, to znaczy są przekonani, że rozumieją Rosję i rosyjski fatalizm. Myślę, że nie ma czegoś takiego jak fatalizm w Rosji. Wszyscy zaś jej mieszkańcy, mam na myśli białych Rosjan, to znaczy nie Azjatów, najchętniej wyrwaliby się stamtąd i już nie wrócili, gdyby tylko się udało. Tak się jednak nie stanie, bo Rosja jest narzędziem w rękach sił globalnych i obniżanie poziomu życia jej mieszkańców, degradowanie ich, przy jednoczesnym podnoszeniu, w propagandzie, ich znaczenia, należy do żelaznego repertuaru politycznych zagrywek. Nie wiadomo też jakim siłom wysługują się rosyjscy przywódcy, udający ojców narodu i przebierający się, w zależności od okoliczności, w różne – mające symboliczną wymowę – stroje. Polacy wierzą w to, że Rosja jest Azją i kulturę rosyjską, a także jej tradycję ukształtowała Azja. To jest jedna z bardziej rażących fikcji w ocenie Rosji. Niestety nie do zwalczenia, albowiem w ten sposób Polacy, wielokrotnie przez Rosjan degradowani, nie tylko w sensie materialnym, ale także kulturalnym, próbują sobie podnosić samoocenę. Wyraźnie widać to w czasie rozmaitych patriotycznych eventów, gdzie podkreśla się kulturę europejską Polaków i azjatycką dzikość Rosjan. To są brednie, których istnienie jest na rękę Moskwie, albowiem zwalnia ją z odpowiedzialności za wszystkie, nawet najbrudniejsze czyny. Tak sprofilowana metoda nie pozwala na krytyczne spojrzenie na historię Polski, ale pozwala na spojrzenie krytykanckie. Rosja bowiem upadała w swojej historii wiele razy, była rządząca przez obcych, Azjatów, Europejczyków, czy kogo tam chcecie, ale każdy taki moment został wykorzystany w czasach imperialnej chwały, poprzez odpowiednie propagandowe jego sprofilowanie. Oczywiście w Rosji nikt nie nazwie literatury propagandą, choć do tego się jej rola sprowadza. Rosja sprzedaje swoją tradycję literacką po to, by pokazać że niczym się nie różni od Europy, do której nawet nie bardzo aspiruje. Tworzy bowiem własny system, z rurą ssąco tłoczącą, która absorbuje z zewnątrz potrzebne zarządowi konsorcjum Rosja rzeczy i formaty. Polacy tym się różnią od Rosjan, że zajmuje ich głównie destylowanie własnej wielkości, to znaczy poszukują takich momentów w historii, do których nie można się przyczepić i nie można wskazać tam błędów ani słabości. Tymczasem takich momentów nie ma. Nie ma ich również w historii Rosji, której dynastie żyły jak w więzieniu, otoczone przez podstęp i zdradę, nawet ta ostatnia – Holstein-Gottorp, udająca Romanowych. Nie ma więc sensu żadne destylowanie wielkości i momentów na nią wskazujących. Bo to jest zwyczajna hipokryzja. Trzeba opisywać rzeczy takimi jakimi się one jawią w źródłach. I jeśli mamy przed nosem list prymasa pisany do Królewca, w podzięce, że tamtejszy luterański książę, zdecydował o nominacji na stolec biskupi w Gnieźnie, to musimy to przyjąć po męsku, a nie mazać się i wskazywać, na wyższość kulturalną. Polityka nie jest zabawą, o czym zapominają współcześni nasi władcy, pozujący na szczery demokratów, a będący w istocie nie wiadomo kim. Naród zaś jest w polityce kartą przetargową. Rosja i rosyjskie elity uczyniły z narodu stado rabów, które rzuca się na wroga w chwilach kryzysu, albo pracuje ponad siły na nie swój dobrobyt. Polacy do roku 1945 nie praktykowali takiej tradycji. A ona się od tamtego czasu nie zmieniła. Przeciwnie, utwierdzono jej moce po roku 1989, co wskazywało na jednoznacznie rosyjską jej proweniencję. No, ale propaganda czynna w Polsce, nazwała to dzikim kapitalizmem i przeciwstawiła państwu socjalnemu. I w ten sposób dostaliśmy kolejną fałszywą alternatywę, z której uścisku nie potrafimy się wyzwolić. I dzieje się tak właśnie dlatego, że usiłujemy ciągle z czegoś wydestylować własną wielkość, albo chociaż wspomnienie o niej. I czynimy to z obawy, by nie zdeprawować przyszłych pokoleń, na które i tak nie mamy wpływu. Ten bowiem w całości oddaliśmy w ręce koncernów produkujących rozrywkę i poppolitykę…nie wiem czy zauważyliście, ale pojęcie to w zasadzie wyszło z użycia. Ciekawe…Pewnie dlatego, że oznacza dziś politykę po prostu. Jesteśmy jedynym chyba wydawnictwem na rynku, które wskazuje, poprzez publikacje źródłowe i publicystykę na inny niż dostępny na rynku druków, charakter historii rosyjskiej. Czynią to także autorzy znacznie od nas poważniejsi, czynni na znanych w świecie uniwersytetach i dworach. Niestety, ani ich dokonania, ani tworzone wokół nic formaty, nie przedostają się na polskie podwórko, gdzie znajomość Rosji ma znaczenie kapitalne, ale kształtowana jest ona przez samą Rosję lub przez dawno stworzone tu anachronizmy. Bez, których najwyraźniej nie potrafimy się obejść. Niestety mają one tę samą funkcję co kula u nogi i opaska na oczach. Dobrze więc, żebyśmy się ich możliwie szybko pozbyli. Mam nadzieję, że pomoże w tym nowy numer kwartalnika „Szkoła nawigatorów”, poświęcony obecności Anglików w Moskwie za panowania cara Iwana IV Groźnego. basnjakniedzwiedz.pl/produkt… Wznowiliśmy sprzedaż prenumeraty naszego kwartalnika. Od nowego roku jednak, w związku z cenami jakie oferują drukarnie, będziemy ją musieli podnieść do 260 zł. Na razie wynosi ona 200 zł. basnjakniedzwiedz.pl/produkt…
1
22
1
40
826
Rafał Pajor retweeted
Niechętnie, ale jednak, muszę przyznać, że śpiewający Wójcik, nawet jeśli ma to robić w duecie z tym drugim, w najmniejszym choćby stopniu mi nie przeszkadzają. Powiem szczerze, że śpiewy te nie przeszkadzałyby mi, nawet gdyby były prezentowane przez red. red. Holecką i Sakiewicza. To natomiast co mnie podczas tego jarmarku doprowadziło do szału, to Ci trzej pajace przebrani za ZOMO i machający pałami w głębokim przekonaniu, że co jak co, ale Zmilitaryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej to, jak przyjąć odpowiednią perspektywę, kupa śmiechu. Ja ich już raz miałem okazję ujrzeć, w programie Piachem w tryby, jak oni z jakiegoś powodu przebrali się za ormowców i wówczas czułem dokładnie to samo, co dziś przed Trybunałem Konstytucyjnym. Czemu tak? Otóż ja praktycznie już od dziesięcioleci, a konkretnie od czasu jak na publiczną scenę rozrywkową wkroczył ze swoimi filmami Stanisław Bareja, widzę, jak dla pewnej szczególnej grupy ludzi, cały ten PRL to były tak naprawdę jaja. PRL u Barei to nie były pamiętne ścieżki zdrowia, wieczny strach na widok milicjanta, agresja na komisariatach, zabójstwa w ciemnych klatkach schodowych i na plebaniach; barejowa wrażliwość nie była w najmniejszym stopniu skażona zbrodnią. W tamtych filmach był tylko histeryczny śmiech i szydera z Polski i Polaków. Z Polski która jest kompletnie niedorobiona i z podobnie niedorobionych Polaków. Bareja umarł, podobnie zdechł PRL, a na to miejsce pojawiła się liberalna demokracja i cała kupa nowego typu ludzi, ludzi którym tu jest zasadniczo dobrze, a dawne czasy komuny, to wyłącznie temat do żartów. Kiedyś przez chwilę uczyłem w prywatnym liceum w Sosnowcu i proszę sobie wyobrazić, że w gabinecie dyrektora na ścianie wisiał chyba z metrowy portret Lenina. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że ten dyrektor był starym esbekiem i tego Lenina powiesił ze względów sentymentalnych, no ale nie sądzę, żeby on w tych nowych czasach trzymał sztamę z Leninem. Może z Putinem, czy Czarzasty, ale z Leninem? Chyba jednak nie. A zatem, co ten portret tam robił? Moim zdaniem, on go tam powiesił, bo znalazł go gdzieś na jakimś targowisku, kupił za grosze i uznał, że to będzie bardzo zabawne, jak on sobie ten obraz powiesi. Dokładnie tak samo jak ci trzej z Republiki uznali , że zabawne będzie, jak on się przebiorą za zomowców i będą tymi pałami walić w tarcze. Proszę zwrócić uwagę na to co się dzieje na karnawałowych zabawach w naszych korporacjach. Z tego co zauważyłem, większość z tych libków przychodzi przebrana za księży i siostry zakonne, oraz - tak, tak - za milicjantów i ormowców. Czy też za ZOMO? O tym nie słyszałem, ale kto wie, czy Republika nie zaingurowała tu nowego trendu. I teraz pojawia się pytanie: Czy któryś z nich jest chętny przebrać się za Hitlera, czy choćby skromnego esesmana? Otóż nie. To może chociaż za więźnia Auschwitz? Mowy nie ma. Podejrzewam, że na rynku - no może w Niemczech, ale nie w Polsce - odpowiedniej oferty nie ma. Ale właśnie, nie zdziwiłbym się gdyby niemieckie libki - oczywiście ramię w ramię są bardzo zaangażowani demokrati antyfaszyści - znają odpowiednich dostawców, i jak już przyjdzie karnawał, to się pośmieją razem z nami.
7
19
2
67
2,341
Rafał Pajor retweeted
"Oj wej w Lubartowie, już się zbiera gojów tłum..." Pewnie nie wiecie, ale 11 listopada, w Teatrze Powszechnym w Warszawie, wystawiona zostanie sztuka na motywach książki Stanisława Kijeńskiego zatytułowanej „Proces Eligiusza Niewiadomskiego”. Reżyser spektaklu, jak sam opowiada znalazł tę książkę w zakurzonym antykwariacie….Przeczytał ją i stwierdził, że to książka wprost na nasze czasy, pełne hejtu i nienawiści do innych, obcych, niechcianych, tych przeciwko którym organizuje się Marsz Niepodległości. I właśnie w tym roku, kiedy pod TK trwa proces, a Marsz będzie miał pewnie rekordową liczbę uczestników, sztuka ta zostanie wystawiona. Oczywiście nie można wierzyć reżyserowi w ani jedno słowo. Po pierwsze, nie musiał tej książki szukać w zakurzonym antykwariacie, mógł ją kupić u mnie, albo na allegro. Po drugie nasze czasy w niczym nie przypominają czasów, kiedy Niewiadomski stanął przed sądem. Tak się może zdawać ludziom silnie ograniczonym i w coś uwikłanym. Dowodów na to jest sporo, a oto jeden z nich. youtube.com/watch?v=b5XgrnBC… Teledysk z lat dziewięćdziesiątych, który umieszczam tutaj z dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że nie mógłby się on ukazać w czasach Niewiadomskiego, nikt bowiem nie zrozumiałby jego wymowy. Wszyscy uważaliby, że to jakiś nieporadny pastisz zachowań wyobrażonych. Po drugie, że silnie nawiązuje ów teledysk do ostatnich wydarzeń pod TK, a przez to łączy się również ze wspomnianą sztuką, którą wystawią w Powszechnym 11 listopada. Chętni będą mogli po Marszu Niepodległości przemieścić się na Pragę i, jeśli zdołają kupić bilety, obejrzeć spektakl. Ja jeszcze tylko dodam, że w tym nagraniu, prócz Andrzeja Rosiewicza widać jeszcze Aleksandra Rozenfelda, który zawsze przychodził do nas na targi książki odbywające się w Katowicach. Mieszkał bowiem w Będzinie i miał blisko, a był stałym czytelnikiem – Toyaha i moim. Myśmy go nie znali i nie wiedzieli kim on jest. A on pojawił się pewnego razu, od progu, że się tak wyrażę, zaczął walić nam po imieniu, sam się przedstawił jako Olek i siedział z nami długie godziny opowiadając kawały i słuchając, co też my opowiadamy. Dziś już nie żyje, świeć Panie nad jego duszą. No, ale sama jego obecność świadczyła i świadczy do dziś, że nasze czasy, od momentu, kiedy nakręcono ten teledysk do dzisiaj nie mają nic wspólnego z czasami Niewiadomskiego. Życiorys Olka Rozefelda jest bowiem niezwykły – urodził się w ZSRR, znał Karola Wojtyłę, działał w „Solidarności”, był doradcą Kwaśniewskiego w sprawach polsko-żydowskich, wyemigrował do Izraela, ale wrócił, bo było tam za dużo Żydów – sam tak opowiadał. Potem się nawet ochrzcił. Jednym słowem była to barwna i wesoła postać, człowiek który próbował odkryć w Toyahu i we mnie bratnie dusze. I – co ważne – niczym nie handlował. Przynajmniej w naszej obecności. To myśmy handlowali. I teraz patrzcie jaka siurpryza…Pod tym trybunałem, gdzie protestuje coraz więcej osób, zjawiają się ludzie z TV Republika, której szef pochodzi z rodziny o wiele bardziej patriotycznej niż rodzina Niewiadomskiego i zaczynają sprzedawać zegarki z napisem Defensor Patriae. I niech mi nikt nie mówi, że Niewiadomski nie pochodził z patriotycznej rodziny. Jego siostra Cecylia Niewiadomska pisała budzące ducha opowiastki dla dzieci, które miały przed wojną wielkie wzięcie. Nawet po procesie i śmierci jej brata, a może właśnie szczególnie wtedy. Czy wyobrażacie sobie, że Olek Rozenfeld proponowałby nam kupno czegokolwiek, jak tam siedzieliśmy na tych targach niczym baba dziwo, w czasach kiedy nikt jeszcze nie myślał o wydawaniu prawicowych książek? No przecież, że nie…Dziś w samym centrum kotła i inby, której na imię zamach stanu, Kłeczek próbuje żenić ludziom chińskie zegarki. I jeszcze znajduje obrońców, gotowych na najmniejszy ruch palca ze sceny huknąć na cały głos – nigdy z królami nie będziem w aliansach!!!! Żartów nie ma. Czy ta demonstracja pod trybunałem przypomina prawicowe demonstracje z czasów Niewiadomskiego? Oczywiście, że nie, przede wszystkim dlatego, że nie było prawicowych demonstracji, a jedynie prowokacje organizowane przez podstawionych ludzi. Prawdziwe demonstracje, z transparentami, hasłami, kastetami i rewolwerami w kieszeniach, a także obsługą prasy lewicowej organizowali socjaliści. Prawicowi studenci mogli co najwyżej rzucać śnieżkami w powóz prezydenta jadący do sejmu na zaprzysiężenie. I to właśnie nazwane zostało próbą dokonania zamachu stanu. I właśnie w ten sposób dotoczyliśmy się do momentu, w którym obecne demonstracje przypominają tamte z roku 1922. One też polegają na rzucaniu śnieżkami, choć śniegu jeszcze nie ma. Potem zaś, dzięki postawie bohaterskich reżyserów oraz umieszczonych wśród demonstrantów na marszu prowokatorów, nazwane zostaną próbą zamachu stanu, destabilizacji państwa czy czego tam jeszcze. Czy obecny prezydent różni się bardzo od Gabriela Narutowicza? Jeśli chodzi o postawę, stosunek do życia, wiek i uprawiane sporty – tak, zdecydowanie. Narutowicz jedynie polował i to był jedyny sport jaki uprawiał. Jeśli zaś chodzi o kwestie ideologicznie panowie różnili się niewiele. I jeden i drugi próbowali doprowadzić do zgody, ale ludzie, którzy zamierzali przejąć w Polsce władzę dyktatorską mieli w rękach Niewiadomskiego. Ten zaś tłumaczył się przed sądem, że jego postępek wynikła stąd iż idea socjalistyczna, której służył w młodości nie spełniła jego oczekiwań. To samo było z Piłsudskim, którego przecież zamierzał zabić. On też zawiódł Niewiadomskiego. Przed sądem Niewiadomski wygłaszał długie przemowy, które sędzia próbował – bez stanowczości – przerwać. Wyrok bowiem już zapadł, a sam proces był jedynie przedstawieniem dla gawiedzi. I jako spektakl nie mógł zakończyć się zbyt wcześnie. Było to oczywiste dla samego Niewiadomskiego, który wiedział, że może mówić co chce. I mówił. Na nieszczęście współczesnych reżyserów i planistów politycznych Kijeński – obrońca Niewiadomskiego wszystko to zapisał i wydał. No, ale od czegóż jest presja społeczna? Przez prawie sto lat nie wznawiano tej książki i nie kolportowano jej, tłumacząc to sympatią Kijeńskiego dla oskarżonego. No i co? Nawet gdyby ta sympatia tam była, tak, jak jej nie ma…to co? Nie wydaje się z tego powodu tekstów źródłowych? Drugi raz „Proces Eligiusza Niewiadomskiego” wydany został przez nasze wydawnictwo sześć lat temu. Zapadła nad tą edycją głucha cisza, choć powinien się zrobić jakiś huczek. No, ale ten wywołałby zmianę optyki, ludzie zaś, którzy wystrugali Niewiadomskiego i nakręcili go, mają wszak swoich ideowych dziedziców. Jednym z nich jest pan reżyser, który wystawi sztukę na motywach i będzie przekonywał widzów, że prezydent Nawrocki to w istocie nie prezydent, ale morderca Narutowicza, albo moralny sprawca niepokojów w Polsce. Proszę Państwa, albo rozbroimy tę minę, jaką jest Eligiusz Niewiadomski, albo jego truchłem będą nas walić po łbach przy każdej nadarzającej się okazji. Jednocześnie ludzie pana Sakiewicza, wywodzącego się z bardzo patriotycznej rodziny z tradycjami, sprzedawać będą na trotuarze zegarki z różnymi grawerunkami. Oj, wej w Lubartowie – jak śpiewał Andrzej Rosiewicz – już się zbiera gojów tłum. Eligiusz Niewiadomski szeroko i ze swadą opowiadał sądowi o swoich przemianach ideowych, o tym jak z socjalisty stał się wrogiem socjalizmu, co oczywiście nastąpiło, albowiem szlachetna idea została zainfekowana przez żydów. A pozwoliła na to całkiem miękka władza. Niewiadomski zaś domagał się rządów silnej ręki i liczył przy tym na Piłsudskiego. Mógł poczekać cztery lata…miałby rządy silnej ręki, takie jakie mu się zamarzyły. No, ale zdecydował się na coś innego. Szeroko też opowiada pan Eligiusz o swojej pracy w kontrwywiadzie, gdzie znalazł się na własną prośbę i za protekcją generała Kazimierza Sosnkowskiego. Tam spotkał samych tłustych nieudaczników, w typie – jak sądzę – posła Wójcika, a do tego żydów, którzy – miast sądzić i rozstrzeliwać sabotażystów i szpiegów, takich jak oni sami – żydów – puszczali ich wolno. I ani przez moment nie pomyślał Eligiusz Niewiadomski, że mogą to być aranżacje, które powstają na poczekaniu po to, by rozbudzić jego uwrażliwioną psyche. Że oficer defensywy przychodzący do biura z pierścieniami na tłustych palcach, demonstracyjnie ujawniający swoje żydowskie pochodzenie, może czynić to specjalnie, by zainspirować pana Eligiusza. Nie przyszło mu też do głowy, że paraliż decyzyjny panujący w defensywie może być udawany, choć sam przecież wspomina w sądzie o rozstrzeliwaniach żołnierzy Polaków, którzy zostali schwytani przez kontrwywiad i deklarowali się jako komuniści. Nie było dla nich litości. Za wszystko Niewiadomski obwiniał Piłsudskiego i to jego chciał zabić. No, ale trafił się ten Narutowicz, symbol słabej władzy. I wszyscy uznali to, za zbieg okoliczności, przypadek i swoiste szczęście, które towarzyszyło panu Eligiuszowi. Ludzie, ktoś zaplanował sprzedaż zegarków z Chin na proteście przeciwko zamachowi stanu. A wy będziecie teraz, razem z reżyserem tego durnego spektaklu, tłumaczyć komuś – na pewno nie mi – że to taki przypadek, a oficer defensywy działał sam i nikt niczego nie aranżował? Szkoda, że Olek Rozenfeld już nie żyje, no ale miał już swoje lata. I znał do tego wszystkie kawały, te z Polski i te z Rosji, a także z Ukrainy. I na pewno dziś, jakby zobaczył te zegarki pod TK i wydaną przez nas książkę o Niewiadomskim, zarzuciłby przynajmniej kilka mających z tą sytuacją bezpośredni związek – oj, wej w Lubartowie, już się zbiera gojów tłum… basnjakniedzwiedz.pl/produkt… Przypominam, że od 20 do 22 listopada stoimy na Targach Książki w Łodzi, na Dworcu Fabrycznym, a tydzień później w Warszawie pod zamkiem. I jeszcze nowość oraz prenumerata basnjakniedzwiedz.pl/produkt… basnjakniedzwiedz.pl/produkt…
2
27
2
62
1,960
Baza i opis choroby w jednym. Wielkie idee zawsze upadają przez miałkie kadry :/
ZBRODNIA ZIOBRYZMU Wczorajsze występy Wójcika jak w soczewce skupiły wszystkie biedy i przestępstwa, które zbrodnia ziobryzmu ściąga na nas od ćwierć wieku. Choroba Ziobry uczyniła tę metaforę nieco niezręczną, ale cóż: ziobryzm to nowotwór toczący kaczyzm i jak nowotwór działa.
2
9
232
ZBRODNIA ZIOBRYZMU Wczorajsze występy Wójcika jak w soczewce skupiły wszystkie biedy i przestępstwa, które zbrodnia ziobryzmu ściąga na nas od ćwierć wieku. Choroba Ziobry uczyniła tę metaforę nieco niezręczną, ale cóż: ziobryzm to nowotwór toczący kaczyzm i jak nowotwór działa.
16
43
13
342
11,105
Nawet dziecko zrozumie🙃 - Pani Profesor Genowefa Grabowska opowiada dlaczego PKN nie przyjął przysięgi od 4 sędziów wybranych "hurtowo" przez sejm. Posłuchajmy👇👇👇
175
2,560
110
7,640
179,234
Rafał Pajor retweeted
Darula, słoneczko ty moje 😆 jako ktoś, kto od lat zarządza bezpieczeństwem i compliance w środowiskach, gdzie co tydzień pojawia się nowa fala phishingu, deepfake'ów i skradzionych wizerunków, muszę przyznać - ten wpis to czysty teatr legislacyjny. Ustawa cyfrowa (kolejne wcielenie DSA) nie zmieni absolutnie niczego w kwestii scamu. Platformy i tak mają już obowiązek notice-and-action, mają systemy zgłaszania, mają całe działy Trust & Safety i algorytmy, które rzekomo walczą z oszustwami. A oszuści i tak działają dalej - bo: konta są jednorazowe, wizerunki i głosy generuje się w kilka minut za grosze, pieniądze idą przez mule, kryptowaluty i zagraniczne bramki, a platformy zarabiają na reklamach do momentu, aż ktoś realnie udowodni szkodę i przejdzie całą procedurę. Nowe przepisy dadzą głównie więcej papierologii, więcej "trusted flaggers", więcej urzędników, którzy będą mogli coś zgłaszać, i więcej możliwości selektywnego egzekwowania. Skala scamu? Zostanie na tym samym poziomie. Tak jak było przed DSA, tak będzie po. A ta skarga do Komisji Europejskiej na Metę o 250 mln euro? Serio? META już zapłaciła? 😂Bo jeśli nie - a nie zapłaciła i nie zapłaci w żadnej sensownej wysokości, która realnie zmieniłaby ich model biznesowy - to cały ten gest jest dokładnie tym, czym wygląda: komunikatem prasowym dla własnego elektoratu - tej bandy cyfrowych przygłupów o IQ kałuży. Miliardowa korporacja traktuje takie kary jak koszt prowadzenia biznesu. Scamy dalej będą leciały, deepfaki dalej będą generowane, a Polacy dalej będą tracili pieniądze. Można oczywiście dalej udawać, że kolejny przepis albo kolejny list do Brukseli rozwiąże problem, który istnieje od lat i będzie istnieć dalej. Ale z perspektywy kogoś, kto na co dzień mierzy się z realnym ryzykiem, to po prostu kolejny przypadek wiary w magiczną moc legislacji. Scam nie zniknie przez to, że Sejm coś uchwalił. Zniknie dopiero wtedy, gdy platformy będą miały realny, odczuwalny interes ekonomiczny, żeby go nie było. A tego żadna polska ustawa cyfrowa nie zapewni. W każdym razie, Jego Ekscelencja Pan Prezydent @NawrockiKn zawetuje i ten bolszewicki projekt, a także wszystkie kolejne. I dobrze, nie ma zgody na łamanie Konstytucji i wdrażanie w Polsce cenzury prewencyjnej - wbij to sobie do swojego czerwonego łba, pastuchu.
11
3
64
1,505
Rafał Pajor retweeted
Czy książki muszą być o czymś, czyli kariery humanistów Standardowa kariera ambitnego humanisty przebiega tak oto: musi się on zapoznać z garniturem tekstów, które pozostawili ideowi przodkowie jego promotora, oraz tekstami z obszaru swoich, tak zwanych zainteresowań. Kłopot w tym, że on zwykle niczym się nie interesuje, poza karierą. Człowiekowi z zewnątrz trudno jednak zrozumieć mechanizm tej kariery, bo nie może się on dopatrzeć gdzie tam jest jakiś moment zysku i satysfakcji. Choć oczywiście można próbować takie punkty wyśledzić. Kiedy już humanista zapozna się z tym całym dorobkiem, powinien go ubogacić. To nie może się odbywać szybko, potrzebne są do tego specjalne studia i wyjazdy, celem uszczegółowienia zasobu wiedzy, który zastał ów humanista kiedy rozpoczynał studia. Na te badania dostaje się stypendia. W zasadzie nie wiadomo po co, skoro można dziś sobie wszystko ściągnąć na biurko i rozpocząć owo uszczegóławianie. No, ale wtedy okazać się może, i często okazuje, że cały, tak zwany dorobek, na którym humanista bazuje można wrzucić do śmieci. I co wtedy z karierą? Myślę, że znajdujemy się w punkcie krytycznym, to znaczy humaniści nie wiedzą jeszcze co robić, bo idea niesienia kaganka oświaty właśnie – niepostrzeżenie – została unieważniona. A może nawet skompromitowana. Hierarchie nie mogą już się utrzymać, albowiem wyniki badań konfrontowane na szybko z tekstami dostępnymi w sieci, zamieniają się w trociny. Doktoraty i profesury nie robią na nikim wrażenia, granty co prawda płyną i nadal się je dzieli, ale ileż można utrzymywać tę fikcję i po co płacić ludziom, którzy nie mają potem wpływu na nic? Może na garstkę studentów. W tym miejscu warto wspomnieć sławny cytat pochodzący z zasobu mądrości Aleksandra Gudzowatego – nie po to się człowiekowi płaci 4 miliony rocznie, żeby go nagradzać, ale po to, żeby go dyscyplinować. I tu pojawia się jakaś nadzieja, niektórzy z nich mogą, po staremu, pójść na służbę do sułtana, bo od tego właśnie, w dawnych bardzo czasach zaczynali swoje kariery humaniści. No, ale wszyscy się nie załapią, część będzie musiała zadowolić się posadami rządowymi, w określonej opcji politycznej. Ale los ich nie jest godny zazdrości, albowiem stale przebywać będą musieli w towarzystwie gangusów i jełopów, także ze struktur międzynarodowych, którzy okazywać im będą wyłącznie pogardę. No, ale co z resztą? Nie ma tylu taksówek i Uberów w Polsce, żeby ich wszystkich pomieścić. MacDonalds też ma swoje ograniczenia. A do tego jeszcze jest konkurencja w postaci absolwentów kierunków związanych z zarządzaniem. Cóż wobec tego zostanie humanistom? Muszą się oni, przynajmniej ci sprytniejsi, jakoś odnaleźć na rynku książki. Bo książka, jak już to mówiłem sto razy, jest ostatnią nobilitacją, jaka nam pozostała. I wszyscy usiłują podnosić swoje znaczenie poprzez pisanie i wydawanie książek. Od razu też, przy wskazaniu tego momentu, widzimy, że rynek książki jest zaprzeczeniem rynku usług humanistycznych. Tam bowiem bożkiem było i jest nadal uszczegółowianie zagadnień, żeby wpuścić do systemu jak najwięcej krewnych, znajomych, pociotków i ludzi powiązanych. Na runku książki jest odwrotnie – humaniści pływają tam w sosie ogólników ocierających się o żenadę. Bo książki nie muszą być o czymś. To nawet źle jak są. Wtedy bowiem mogą upodobnić się, nie poprzez metodę pisania, ale przez tematykę do tego, czym humaniści bawili się w humanistyce, ale napęd do tego będzie inny. I tak – przykładowo – jeśli humanista historyk specjalizował się w opisywaniu kroju lampasów na portkach kawalerzystów Księstwa Warszawskiego, to na rynku książki nie może wyskoczyć z czymś takim, bo polegnie. Musi temat drastycznie uprościć, a więc sprowadzić go do dylematów wyjętych z zadka, czyli – honor i ojczyzna czy ocalenie, albo – przybyli ułani pod okienko, wpuść panienko…I tu w zasadzie możliwości się kończą, bo w tych jedynie zakresach może się humanista-historyk na rynku książki realizować. No chyba, że ma żydowskie korzenie, wtedy może je odkrywać w nieskończoność i jechać na tym do emerytury. Poloniści mają trochę łatwiej, bo oni mogą się realizować w opisywaniu szajb własnych, zboczeń wszelakich, a także odkrywaniu prawdziwej natury pisarzy dla narodu i języka zasłużonych. Na przykład mogą pisać, że Konopnicka była lesbijką. Jakoś jednak nie przypominam sobie, żeby jakiś humanista zajął się opisywaniem prawdziwej natury wybitnej pisarki dla dzieci Lucyny Krzemienieckiej alias Wiery Zaindberg, babci Patryka Vegi. Choć może i na to przyjdzie czas, bo to i krasnal z brodą i żydowskie korzenie i lewica, zestaw wielce obiecujący. A jak się już namnoży tych konkursów literackich, to i autor takiej pracy może parę złotych otrzymać, a może nawet nominują go do Nobla. Mniejsza – istotne jest, że w czasie kariery „naukowej” humanista musi uszczegółowiać obszar badań, a w czasie kariery „literackiej” musi go uogólniać. No, ale to są Tworki przecież. No tak….Jak bowiem w takich warunkach nieść kaganek oświaty? Toż trzeba go zgasić czym prędzej i przyłączyć się do Blanki Lipińskiej oraz jej bandy i rozbijać się po hotelach z zawodnikami MMA, To jedyna droga do sukcesu. No, ale takimi drogami humaniści nie pójdą, bo się ich brzydzą. Pozostaje więc jeszcze jedno – prasnąć tym kagankiem oświaty w pusty łeb Polaka patrioty i nawymyślać mu od anstysemitów. Kaganek zgaśnie, zrobi się ciemno, można zharatać portfel i w nogi. Byle się tylko o jakiś kamień, albo ten pusty łeb nie potknąć. I w takich zawodach humaniści najczęściej biorą udział. Kiedy się jednak za bardzo podkręci wymagania i postawi nowe jakieś bariery, może dojść do tragedii. Może się, na przykład, okazać, że jakiś humanista, rozmiłowany w poezji łacińskiej, pokawałkuje niewinną dziewczynę i zapakuje ją do walizki w częściach. Inny zaś, będzie biegał z nożem po uniwersytecie i domagał się, by zwrócono nań uwagę natychmiast, albowiem nie po to studiował, nie po to matka była w aparacie sprawiedliwości, nie po to…sami wiecie co…żeby on teraz musiał cierpieć ten straszliwy brak uwagi. No dobrze, ale musimy trochę spoważnieć. Jakiekolwiek otwarcie rynku publikacji, udostępnienie materiałów w językach obcych, które do tej pory były ukryte, albo tylko celowo przemilczane i pomijane, może doprowadzić do katastrofy. Stąd właśnie trzeba możliwie szybko zmienić doktrynę rządzącą światem humanistów, zgasić ten cały kaganek oświaty i postawić na szpiegostwo, albo propagandę. Ktoś powie, że to już było. No tak, ale myśmy, biednieńcy, myśleli, że po 89 roku się zmieniło…Pomyliliśmy się… Jak wiele osób już zauważyło, wydaliśmy 50 numer kwartalnika „Szkoła nawigatorów”. Było z tym sporo udręki, ale na szczęście wziął ją całą na siebie Krzysiek Laskowski, a ja tylko płaciłem. Numer jest nietypowy, bo zawiera wyłącznie teksty źródłowe tłumaczone z angielskiego i z rosyjskiego. Ich wybór jest, jakby to powiedzieć…w zasadzie nie ma wyboru, bo tekstów dotyczących obecności Anglików w Moskwie jest tak wiele, że co by się tym włókiem nie zaciągnęło z dna rzeki Moskwy, od razu jest sensacja. Dowiedzieliśmy się, na przykład, że dyrektor Kompanii Moskiewskiej, Jerome Horsey, wpływał na negocjacje pokoju z Jamie Zapolskim i oszukał nuncjusza Possevino, jezuitę w końcu. Dlatego pokój ten był tak naprawdę niekorzystny dla Polski. Dowiedzieliśmy się też, że sir Jerome, w przebraniu służącego wkradał się na dwór Anny Jagiellonki i podsłuchiwał rozmowy, które się tam toczyły podczas audiencji. Dowiedzieliśmy się, że litewscy kalwini, w tym Krzysztof Radziwiłł „Piorun” siedzieli u niego w kieszeni. Siedział tam także wraz z nimi stryjeczny brat Krzysztofa - Jerzy – biskup Kościoła Powszechnego, z którym Horsey prowadził dyskusje o urodzie kobiet inflanckich. Dowiedzieliśmy się, że car Iwan, któremu Horsey obiecał ślub z królową Elżbietą, jak się dowiedział, że z wesela nici, chciał ożenić się z lady Marią Hastings, do czego – na szczęście dla tej biednej dziewczyny – nie doszło. Dowiedzieliśmy się, że Borys Godunow to człowiek Kompanii, co podejrzewaliśmy już wcześniej, bo – przypomnę – pisałem o tym w III tomie Baśni, nie mając przecież wtedy wglądu w materiały, które mamy na biurku dzisiaj. I wtedy też szydził ze mnie, z tego właśnie powodu, świętej już dziś pamięci Jerzy Targalski. Wybitny humanista specjalizujący się w historii starożytnej Mezopotamii. Dowiedzieliśmy się, że Anglicy traktowali Moskwę jak swoją własność, a jednymi ludźmi, którzy mogli ich stamtąd wyrzucić byli Holendrzy oraz współpracujący z nimi bojarzy, tacy jak Andriej Szczełkałow – kanclerz – pobierający z kasy amsterdamskich brokerów 5 tysięcy marek w srebrze rocznie. Dowiedzieliśmy się, że Flamandowie, próbowali sami, bez konsultacji z Londynem i Amsterdamem, otworzyć sobie drogę na Morze Białe…Oddano w ich kierunku kilka salw armatnich i odpłynęli. Dowiedzieliśmy się „siła pożytecznych rzeczy”, jak to powiedziała Magdalena Zawadzka grająca wiejską dziewczynę Kasię w sławnym spektaklu „Igraszki z diabłem”. Nie wiemy teraz tylko, jak w tę całą, opisaną w setkach listów, dokumentów, pamiętników, i do tego jeszcze zbeletryzowaną miejscami, historię relacji pomiędzy carstwem, a kompaniami połączyć z naszą własną historią, pracowicie profilowaną przez rodzimych naszych humanistów i pisarzy. Nie ma w niej bowiem miejsca, ani na Horseya, ani na Jenkinsona, ani na trzynaście galeonów stojących na rzece Dwinie, wypełnionych złotem, które Iwan zwany groźnym chciał zabrać do Londynu. Nie ma w niej miejsca na nic istotnego, poza całkowicie nieadekwatnym opisem wojen toczonych przez Stefana Batorego i Zygmunta III, tłumaczonych nam przez historyków-humanistów, metodą znaną z książki Lucyny Krzemienieckiej alias Wiery Zeindberg, zatytułowanej „Z przygód krasnala Hałabały”. Pamiętam jak dawno temu, kiedy zaczynała się nasza przygoda, wszyscy, ja także, domagali się, by napisać historię Polski od nowa. Moi drodzy i kochani czytelnicy. Od nowa to trzeba napisać historię Moskwy, a być może i świata całego. Myślę, że to dobry pomysł, by zrobić to w serii jakichś przyczynków, w oparciu o dostępne wszędzie źródła. I tym właśnie zajmować się przez resztę życia. Jak myślicie? Na razie zostawiam Wam nowy numer kwartalnika. No i prenumeratę, bo już wiem na pewno, że jak Bóg pozwoli i zdrowie dopisze w roku 2027 wydamy na pewno cztery numery naszego znakomitego pisma. Pierwszy numer w roku 2027 będzie opisywał relacje angielsko-żydowsko-moskiewskie. Hałabała w nim nie wystąpi. To gwarantuję… basnjakniedzwiedz.pl/produkt… basnjakniedzwiedz.pl/produkt…
2
21
4
45
1,167
Rafał Pajor retweeted
Replying to @dramaricic
From the Book of Disk, Chapter 3 In the beginning there were the First Drives, and their names were A: and B:, and they were the floppies. They were not elegant. They were thin, fragile, and demanded constant sacrifice disk swaps, write protect tabs, the ritual of “please insert the disk labeled” performed under fluorescent lights. To them the early machines bent the knee, for without them there was no boot, no data, no word processor. Then came the hard drive, and it was called C:, for it arrived third. It did not ask to be first. It merely sat in the bay and spun, and the people saw that it was good, and that it held far more than any floppy, and that it did not rattle when you walked too fast. So they installed the operating system upon it, and called it the system drive, and the old gods were not cast down but simply… left in the BIOS, still reserved, still acknowledged in the table of letters, though no one invoked them anymore. And Microsoft looked upon the generations that followed, who had never known the click of a 5.25-inch disk or the careful alignment of a 3.5, and it said: The children must not be shown the old gods. For if the new ones learned that A: and B: once ruled, they might ask why the alphabet begins elsewhere. They might attempt to summon the floppies by force, or rename the world so that C: was no longer first. And the installers would break, and the paths would fracture, and the registry would weep. So the letters remain sealed, A: and B: still written in the book but never spoken aloud by the system, while C: stands in the open as if it had always been the beginning. Thus it is written, and thus it remains; the hard drive is C:, and the old gods sleep in the assignment table, undisturbed, so that the children may believe the world has always started with the letter that came third.
576
2,426
327
27,161
792,656
100 konkretów rządu Tuska polega na tym, że ta ekipa konkretnie spierdoli wszystkie 100 pomysłów i jeszcze wiele kolejnych. "Ogłaszam, że nie będzie niczego na terenie całego kraju" Donald T. #Wybory2027
1
1
1
18
363
Rafał Pajor retweeted
Ludzie, którzy nie rozumieją Picassa czyli Nagroda Humera Jak część osób pamięta sparafrazowałem tu ostatnio Picassa, który powiedział, że Legia Honorowa jest dla pisarzy bez wydawców i malarzy bez kupców. W Polsce nagrody są dla pisarzy bez czytelników i malarzy bez publiczności. Dodam jeszcze, że mnogość nagród literackich powoduje ich dewaluację. Dewaluacja zaś nagród głównych, państwowych, powoduje wzrost znaczenia środowisk ustanawiających nagrodę. I tak właśnie kreuje się w Polsce propagandystów. Parę miesięcy temu rozmawiałem z Hubertem o tym, że zgłosił on swój komiks o Zygmuncie III do nowej nagrody literackiej – Nagrody Homera. Już wtedy wydało mi to dziwne, a to z tego powodu, że według legendy Homer był niewidomy. No, ale okay…Pomysłodawcy tej nagrody deklarują iż: Nagroda Homera została ustanowiona z myślą o literaturze, która przybliża historię poprzez losy bohaterów, fascynujące wydarzenia i opowieści pozwalające lepiej zrozumieć minione epoki. Czyli wydawało się, że komiks Huberta będzie tu pasował jak ta lala. No, ale oczywiście drwiliśmy z tego trochę także, ale też liczyliśmy, że może coś się wreszcie na rynku książki zmienia. Otóż nic się nie zmienia, a nagroda ta powinna nosić nazwę nagrody Humera. I niech mi to wybaczy Piotr Dobrołęcki, jedyny człowiek z tego dziwacznego środowiska para-wydawców i znawców podszewek do sztucznych misiów, z lat 50-tych, który zwrócił kiedyś na moje wydawnictwo uwagę i nawet coś tam o mnie napisał w swoim periodyku. Jest on jurorem tego konkursu, a konkurs wywołuje emocje. I ja je wyrażam, po uprzednim zaprezentowaniu wdzięczności za wspomniane zwrócenie uwagi. Było to dawno. Nagroda Humera to kolejny etap dewastacji rynku książki, odbywający się według bardzo czytelnych zasad. Wczoraj wybrano sześć książek, które walczyć będą o laur główny. Ile jest na stole, aż się chce zapytać? No raczej skromnie się prezentuje pula tej nagrody, ale może później coś się zmieni i znajdzie się jakiś sponsor. Główna wziątka to piętnaście tysięcy, a dwie mniejsze to dwa tysiące na głowę. No, ale konkurencja jest ostra. Na pierwszym miejscu Wit Szostak i powieść „Suche strugi”. Pan Szostak ma notkę w wiki, z której dowiadujemy się, że nazywa się naprawdę Dobrosław Kot i startował w dziale SF. Granic galaktyki nie przekroczył jednak, wrócił, i zaczął pisać o rozwalonych domach, z których wyłania się jakaś przeszłość. Czyli – jak przypuszczam – są to stare, dobre smęty a la Chwin Stefan. Następny w kolejce jest komiks niejakiej Legutko Natalii, nie spokrewnionej z prof. Ryszardem. To trzeba zobaczyć, bo opowiadanie o tym nic nie da. Jak to określił Hubert, są to ikonki z instrukcji obsługi parownicy, żelazka i prostownicy do włosów, podpisane niezwiązanym z ich wymową tekstami. Mają one odkrywać prawdę o latach dziewięćdziesiątych kultura.com.pl/kultura-gniew… Maja Wolny, i to jest prawdziwa groza, napisała powieść o namiętności łączącej Mikołaja Kopernika – kanonika z Fromborka i Annę Schilling jego krewną i kucharkę. Czyli w związku z Dantyszkiem i jego ponurą rolą w historii Polski i życiu samego Kopernika, nie można nic innego wymyślić, jak tylko seks dwojga ludzi na plaży…Różnica wieku między Anną a Mikołajem to w najlepszym razie 17 lat, a w najgorszym 25. Tymczasem w zajawce książki „Ciała niebieskie” czytamy: „Uczucie, które wybucha między tą parą dojrzałych ludzi, jest równie intensywne, co niespodziewane, i rozpoczyna przejmującą historię walki o wierność samym sobie - i w miłości, i w nauce.” I dalej Los sprawia, że ścieżki tych dwojga się spotykają. Niemłodzi, a głodni miłości. Duchowny i mężatka. Świat dał im niewiele wspólnych lat, ale to w cieniu ich miłości wyrastało dzieło O obrotach sfer niebieskich. Już czas usłyszeć twoją historię. Pisała tę recenzję oczywiście Elżbieta Cherezińska, a nawiązanie do starej piosenki śpiewanej przez Alicję Majewską jest oczywiste i widoczne – Miłowania głodni jak wilcy…szabadabada, szabadabada… Następny w kolejce jest Maciej Hen, syn Józefa Hena, oficera LWP, bardzo słabego autora, który w latach 90-tych jeszcze, napisał pocieszną bardzo powieść o Konstytucji 3 maja i jej twórcy Stanisławie Auguście Poniatowskim. Maciej Hen odziedziczył talent po ojcu, bo w naszej Polsce kochanej, spadkobierczyni PRL, takie właśnie rzeczy są na porządku dziennym. No i o czym w swojej książce „Tratwa z pomarańczami” pisze nam pan Maciej? O odkrywaniu swojej żydowskiej tożsamości…Czy oni nigdy nie przestaną? Syn faceta, który w roku 1952 opuścił szeregi LWP, żeby zostać naczelnym „Żołnierza polskiego”, pisze książkę o odkrywaniu swoich żydowskich korzeni? A kto je ukrył? W podobnym pastiszu realizuje się Magdalena Leszczyńska, która napisała powieść „Krosno losu”. Cóż za metafora….! Nie cieszcie się jednak przedwcześnie. Chodzi o Krosno odrzańskie, gdzie przed wojną w zgodzie mieszkali Niemcy i Żydzi. No, a potem wszystko zaczęło się psuć i finał dobrze znamy. Oto fragment recenzji: „Powieść nie mówi o wielkiej polityce, lecz o codzienności zwykłych ludzi. Dzięki temu ta historia porusza tak mocno – bo oparta jest na prawdziwych wydarzeniach i losach osób, które naprawdę żyły. Utkana z autentycznych historii, lokalnych wspomnień, dawnych legend i drobnych szczegółów codzienności tworzy niezwykły obraz minionego świata. Tu dzieci suszą przemoczone ubrania przy wielkim piecu na poczcie. Tu restauracje serwują desery ozdobione symbolami nowej ideologii. Tu rower staje się marzeniem młodości, wanna luksusem, a ulicami miasta niosą się śmiech, muzyka, stukot końskich kopyt i gwar brukowanego rynku.” I każdy już rozumie, że to jest „Blaszany bębenek bis”, ze zmienionymi nieco postaciami, albowiem ludzie, a szczególnie jurorzy „lubieją” tylko te piosenki, które już znają. Na koniec mamy Annę Nasiłowską i powieść „Węzeł rodzinny”. Zaczyna się ona – nigdy nie uwierzycie – od zamordowania św. Stanisława, w której to zbrodni bierze udział jeden z przodków bohaterów książki. Potem jednak oni już nie mordują, ale zajmują się ziemią i hodują cebulę. Zostają ziemianami, a kiedy przychodzi komuna stają się naukowcami. Nasiłowska jest prezesem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i coś mi się zdaje, że to ona dostanie te 15 kawałków, bo to jest zdaje się nagroda dla „swoich”. No chyba, że Hen… Czy to nie dziwne, że taka właśnie powieść, z tym akurat motywem została wybrana do nagrody Humera? I nie myślcie sobie, że to jest przypadek odosobniony, ja sam ostatnio słyszałem o pewnym działaczu Solidarności, który opowiadał znajomym identyczną legendę o swoim przodku, św. Stanisławie i kościele Na skałce w Krakowie. Uważał, że to go czyni człowiekiem atrakcyjnym. Po co są te konkursy? Żeby nie było rynku. Gdyby bowiem był rynek, przewalające się na nim pieniądze uniemożliwiłyby wskazywanie wybrańców, którzy poprzez nagrody literackie staną się emitentami propagandy antypolskiej. Czy to działa? Nie. Ludzie jednak nie są w stanie się od tego oderwać, bo wtedy ich życie zostanie pozbawione sensu. I właśnie po to, by życie jurorów takich konkursów miało jeszcze sens musimy się z tym wszystkim męczyć. No, a dlaczego nie ma tu rynku z prawdziwego zdarzenia? Bo mogłyby się na nim pojawić treści, których ciśnienia parę osób by nie wytrzymało. No, a poza tym szkoda pieniędzy na tych głupich Polaków, można im co najwyżej zafundować taką oto atrapę. I wszyscy będą buczeć ze szczęścia. Hubert nie dostał się do finału nagrody Humera. Myślę, że to dobrze. Dla takich jak my bowiem, czyli dla ludzi rozumiejących Picassa, najważniejsza jest publiczność, a nie nagrody. I pozyskiwaniu publiczności poświęcimy całą naszą aktywność. Co nie znaczy, że będziemy tu uprawiać jakąś kokieterię. Na to niech nikt nie liczy. Proszę Państwa, Kochani Czytelnicy, wydaliśmy właśnie specjalny numer kwartalnika „Szkoła nawigatorów’ poświęcony Kompanii Moskiewskiej i obecności Anglików w Moskwie w XVI wieku. Składa się on w całości z niepublikowanych nigdy w Polsce tekstów, które przetłumaczył Krzysztof Laskowski. Ten numer nie jest dostępny w prenumeracie, o czym zawiadamiam niniejszym. Od przyszłego roku, wznawiamy, mam nadzieję, że z przytupem, wydawanie „Szkoły nawigatorów” w wersji papierowej. Pierwszy cykliczny numer, dostępny także w prenumeracie poświęcony będzie skomplikowanym relacjom angielsko – moskiewsko – żydowskim, bo takowe były. Co będzie następne? Czas pokaże. Tak więc ponownie uruchamiamy prenumeratę, a numer specjalny sprzedajemy oddzielnie. basnjakniedzwiedz.pl/produkt… basnjakniedzwiedz.pl/produkt…
2
26
1
52
1,191
Rafał Pajor retweeted
3
2
1
39
1,040
Rafał Pajor retweeted
Już niebawem w sprzedaży specjalny numer kwartalnika "Szkoła nawigatorów" poświęcony obecności Anglików w Moskwie w czasie panowania cara Iwana Groźnego
2
28
2
58
938
Seventeen years later… The time has come for Machinarium 2 🦾🔧 Wishlist NOW on Steam.
504
2,702
956
15,020
772,504
Rafał Pajor retweeted
O analogiach nie do pomyślenia Ktoś ostatnio pouczał bliźnich w przestrzeni dyskusji, o tym, jak wyglądają raporty oficerów służb specjalnych i czym one się różnią od tekstów dziennikarskich. Ponoć tym, że wnioski są na początku. Ja tego nie wiem, bo nigdy takiego raportu nie widziałem i mam nadzieję, że nigdy go nie zobaczę. Powtarzam tylko co ludzie gadają. Pomyślałem też, że w swoim dzisiejszym tekście wnioski, zamiast na końcu umieszczę na początku. A dotyczą one nas wszystkich. Oto Polska jest krajem atrapą i krajem pretekstem. Dyskusja publiczna toczy się według reguł narzuconych przez mniej zdolnych agentów obcych mocarstw oddelegowanych na odcinek polski, przy śladowej aktywności jakichś osób podających się za byłych oficerów służb miejscowych. Tylko oni bowiem znajdują posłuch. Mają bowiem w zanadrzu historie, które imponują kolejnej grupie definiującej miejsce, w którym żyjemy. Chodzi oczywiście o pożytecznych lub – to określenie stosujemy wymiennie – agresywnych – idiotów. Oni właśnie, wespół z wymienionymi wcześniej fachowcami definiują nas wszystkich i wskazują nam kierunki myślenia i działań. A poza tym z pasją udają agentów, w nachalny sposób sugerując to publiczności. Skąd ja to wiem? To proste, gdyby było inaczej mielibyśmy dziś w Polsce z pięć przynajmniej opracowań porównawczych zestawiających ze sobą okoliczności śmierci Gabriela Narutowicza i Lecha Kaczyńskiego. A nie ma żadnego. Któż to mógł sprawić, jak myślicie? Polska jest jedynym krajem w Europie, w którym, w przeciągu niepełnego stulecia zginęło dwóch prezydentów. Okoliczności ich śmierci zaś są więcej niż zakłamane. Analogie, choć oczywiste, w myśleniu Polaków o historii nie występują. Dlaczego? Albowiem jeden i drugi mord zdefiniował charakter państwa na kilka dekad. Określił też charakter państwowotwórczych gawęd. I wskazał, że państwo jest potrzebne tylko tym osobom i instytucjom, które muszą, z jakichś powodów politycznych udawać kogoś kim w istocie nie są. Wczoraj, czy też może kilka dni temu, Grzegorz Braun powiedział, że należy strzec prezydenta Nawrockiego, bo mieliśmy już jednego prezydenta, który się kłócił z Tuskiem i ten prezydent już nie żyje. Analogia jest widoczna, ale nikt jej nie wskazuje, albowiem Donald Tusk jest przez tak zwany obóz patriotyczny odłączony – w myślach i opisach – od naszego państwa. Tymczasem jest on immanentną częścią jego atrapijnego charakteru. Nie wiem czy można napisać takie słowo – atrapijny, ale napisałem kiedyś i wydałem książkę pod tytułem „Atrapia”, opisującą rządy za pierwszego Tuska. Dziś już nie do kupienia. Kiedy ją napisałem, miałem nadzieję, że wyzwolimy się kiedyś z okoliczności atrapijnych, ale to się nie stanie nigdy. Tylko taka Polska bowiem potrzebna jest ludziom, którzy mogą decydować i mają różne moce oraz plany. Mamy jeden kraj, jeden urząd prezydenta, i dwa zamachy. I nikomu nie przyszło do tej pory zestawić i przeanalizować obydwu tych zdarzeń? Niesamowite. Jak to o nas świadczy, nie pomyśleliście? Nawet jeśli założymy, że narracja o Narutowiczu jest pilnowana przez wyjątkowo agresywnych idiotów. Choć może ja właśnie napisałem nieprawdę. Nie mamy jednego kraju, ale dwa lub trzy funkcjonujące równolegle, których istnienia nie zauważamy i dwa lub trzy garnitury urzędników o zmiennych kompetencjach, którzy decydują – w chwilach istotnych – kto może żyć, a kto musi umrzeć? Nie pomyśleliście o tym? Na pewno jednak mamy jeden urząd prezydenta. I to już powinno obudzić wszystkich, nawet bardzo kokieteryjnych patriotów w typie Czarka Krysztopy. No, ale nie budzi. Każdy bowiem zajmuje się czytaniem tego co napisali na iksie mniej zdolni agenci i analizowaniem tego w nieskończoność wskazując przy tym na winnych, których nigdy nie udało się i nie uda pociągnąć do odpowiedzialności. Przed nami zaś kolejny 11 listopada, kolejny 16 grudnia, czyli kolejna demonstracja, która może przykryć kolejne zdarzenie losowe. Mechanika zaś takiego zdarzenia nie zostanie odsłonięta, albowiem cała uwaga tłumu skupiona zostanie na czymś innym. Czym? Tego jeszcze nie wiemy. Mniejsza o 11 listopada, już się bowiem zdążyliśmy przyzwyczaić, że od tego dnia zależy czy rząd przestraszy się narodu czy też może dzień ten ministrów uspokoi. W mojej ocenie ważniejszy jest 16 grudnia, bo cała sieć wypełni się wówczas przekonującymi dowodami na to, że prawica zamordowała dobrego prezydenta. Prawica zaś współczesna zacznie wyć w niebogłosy, że to był mason i że mu się należało. Ten mechanizm, narzucony w zasadzie na samym początku, spowodował, że dzień 16 grudnia jest dniem pewnej legendy, porównywalnej z legendą o Wandzie albo Popielu i myszach. I ruszyć tego nie można, albowiem koordynatorem ówczesnych demonstracji poprzedzających zamach na prezydenta był późniejszy współzałożyciel KOR, ojciec Andrzeja Szczypiorskiego, sławnego pisarza i donosiciela. Sam ten fakt jest nie do uwierzenia, bo ludzie, którzy mają dziś po 40 lat uważają, że zamach na prezydenta Narutowicza to zdarzenie gdzieś z górnego karbonu, a KOR powstał przecież w czasach kiedy wynaleziono już telewizory. Przekonanie kogokolwiek, że istnieje nić „pomiędzy dawnymi a nowymi laty”, jest niewykonalne. Z tego głównie powodu, że zdarzenia takie jak zamachy na prezydentów, a my mamy aż dwa, służą jedynie prezentacji indywidualnej lub zbiorowej ludzi posługujących się opisanymi kilka linijek wyżej schematami myślenia. I nie ma doprawdy znaczenia czy są oni agentami, czy idiotami. To ludzie gwarantujący atrapijny charakter naszego kraju. Dlaczego oni się w ogóle utrzymują na powierzchni zjawisk? Nie mam pojęcie. Może dlatego, że udają dziennikarzy i wnioski ze swojego dwójmyślenia umieszczają zawsze na końcu tekstu? A co czynią wcześniej?: Powtarzają wszystkie ustalenia, jakie zapadły w grudniu 1922 roku, w mieszkaniu Piłsudskiego, kiedy niespodziewanie zjawił się tam Daszyński i powiedział, że generał Haller musi przeżyć. A kto tak kazał Daszyńskiemu powiedzieć? Myślę, że żydzi. Tylko oni bowiem mają – zawsze – jakiś plan na Polskę. Nie zawsze jak widać na omówionym przykładzie niekorzystny dla Polski. Kilka lat temu Ignacy Daszyński ogłoszony został jednym z ojców niepodległości, a prezydent Duda zalecał czytanie jego pamiętników. Mam jednak wrażenie, że nikt tego zalecenia nie potraktował serio. A szkoda. Lornetka, którą wręczono nam, byśmy oglądali swoje dzieje malowane ma pewną istotną wadę, o której warto wspomnieć, albowiem nikt jej nie zauważa. Oto w jednym okularze mamy kalejdoskop ze szkiełek, taki z przedszkola, a ten drugi okular wszystko pomniejsza zamiast powiększać. Szczególnie zaś pomniejsza odpowiedzialność, przy jednoczesnym powiększaniu natężenia emocji. Ma bowiem to urządzenie wybudowany całkiem zepsuty termostat. Zanim więc zaczniemy pisać te teksty dziennikarskie czy też raporty, z wnioskami na początku, warto się postarać o dobrą lornetkę, albo chociaż odłożyć gdzieś tę wadliwą. Ja może nie mam w tym zakresie dobrej oferty, ale przy konstruowaniu nowego urządzenia radziłbym zajrzeć do tej książki. basnjakniedzwiedz.pl/produkt…
28
1
52
858