Pinned Tweet
1. SPIS TREŚCI #serpees_niemcy
Już się parę nitek zebrało i jeden artykuł.
Kolejny artykuł powstaje i kolejne nitki na bieżąco, więc postanowiłem zrobić spis treści, bo nawet wpisując hasztag z wyskakiwaniem wszystkich treści różnie bywa.
Opis z numerami i linkami.
ZAPRASZAM!
"Ponieważ więc książę obowiązany jest umieć używać bestii, powinien sobie wybrać lisa i lwa.
Lew bowiem nie poradzi przeciw sieciom, lis nie poradzi przeciw wilkom.
Należy więc być lisem, aby się poznać na sieciach i lwem, aby odstraszać wilkom."
🇩🇪🇵🇱Powiem Państwu, że najważniejszym wnioskiem, jaki powinniśmy wyciągnąć z ostatniej psychozy na temat niemieckich wojsk w Polsce na X, jest to, że… jest to kompletnie bez znaczenia.
Czytam zdziwione i drwiące komentarze Niemców, czytam komentarze Polaków, którzy się na to łapią, oraz Polaków, których oburza to z wiadomych względów.
W końcu czytam komentarze polskich liberałów, lewicy i centrystów, że to „fobia prawicy”.
A tak naprawdę to tylko X.
Dziś, nawet gdyby rządził PiS czy Konfederacja - i jestem o tym absolutnie przekonany - te wojska również stacjonowałyby w określonych celach lub przemieszczały się przez nasze terytorium.
Ci ludzie, którzy robią z tego propagandę, robiliby ją dokładnie tak samo, tyle że z delikatnie zmienionym wydźwiękiem (nie: „Tusk Niemiec i wszystko jasne”, ale: „władza dobra, tylko to i owo jej umyka i proszę baczniej obserwować tych Niemców Panie Premierze Patrioto z PiS”).
To jeden z wielu tematów, które obserwuję po obu stronach Odry i które pozwalają mi wnioskować, że dokładnie tak samo działa to w innych krajach. To rzeczywistość istniejąca wyłącznie na X, także wśród tak zwanego komentariatu, podczas gdy przeciętny Tomek z Łodzi i Thomas z Düsseldorfu nie tyle mają to gdzieś, ile nawet nie wiedzą, że coś takiego istnieje.
I to jest dobra wiadomość.
W kontekście spraw polsko - niemieckich mówię od dawna, że w naszym dyskursie w mniejszym stopniu chodzi o prawdę (o ile w ogóle), a w większym o propagandę i odnajdywanie się we wspólnych emocjach.
Mamy czuć to samo, a jeśli prawda przeszkadza w odczuwaniu tych emocji, trzeba ją zastąpić.
Sam parę dni temu pisałem, że ten sam człowiek, który dziś drży przed Bundeswehrą w Polsce i IV Rzeszą Europejską, jutro napisze, że Zachodu i Niemiec już nie ma, bo muzułmanie i korki od butelek...
A ja już w 2022 roku, jako jeden z niewielu - i będę się tym chwalił - w obliczu tak powszechnie wyśmiewanej i wyszydzanej Zeitenwende pisałem, że ten przełom rzeczywiście się dokonuje i dotyczy przede wszystkim nie Rosji czy Ukrainy, lecz niemieckiego podejścia do zbrojeń, przez dekady przewartościowywanego pod wpływem doświadczeń II wojny światowej.
To z zewnątrz było bardzo niedostrzegalne.
Pisałem też, że będzie to bardzo powolny proces, ale ostatecznie się dokona.
I że ci, którzy dziś (a właściwie wtedy) śmieją się z Zeitenwende, za kilka lat będą straszyć Bundeswehrą.
Do 2029 i 2035 roku - szybkie zwiększenie gotowości sił szybkiego reagowania; rozbudowa zdolności we wszystkich pięciu domenach: na lądzie, w powietrzu, na morzu, w cyberprzestrzeni i kosmosie.
Do 2039 roku - osiągnięcie pełnej zdolności do obrony terytorium Niemiec; nadrobienie straconego czasu, również w zakresie przewagi technologicznej; rozwój automatyzacji i wykorzystania AI.
P.S. Dla tych, którzy po raz pierwszy widzą tę datę - to nie żart.
Proces modernizacji ma na serio zakończyć się w 2039 roku.
Nazywajmy rzeczy po imieniu: to są cyniczne wrzuty, publikowane tylko po to, by budzić skrajne emocje metodą na „złego Niemca”, bez żadnej odpowiedzialności za te emocje.
Dziesiątki razy tłumaczono na tym i innych portalach, dlaczego niemieckie wojsko jeździ przez Polskę, ale to nieważne, bo dla osób pokroju Dariusza Mateckiego prawda nie jest istotna, liczy się kreowanie narracji, że WEHRMACHT (jaki Wehrmacht w ogóle) wkracza do Polski.
Trzeba natomiast zapytać pana Mateckiego dlaczego jego posterunki na zachodniej granicy przepuściły te konwoje, bo przecież nie tak dawno zebrał 200 tysięcy złotych na sprzed dla patroli sprawdzających, czy Niemcy nam migrantów nie podrzucają.
Można też zapytać o to, czy został już zamknięty przez Ursulę von der Leyen w 15-minutowym mieście z nakazem jedzenia robaków, czy zakazano mu oddychać przez Zielony Ład czy zalała go toksyczna wołowina z Mercosur oraz czy na podstawie ustawy 447 odebrano mu już jakąś nieruchomość.
Ale to oczywiście pytania retoryczne, pokazujące tylko, że w ostatnich latach prawica przechodzi prawdziwą epidemię szerzenia strachu. Nie ma już pozytywnego programu, nie ma zaadresowania aspiracji, nie ma konstruktywnej krytyki rzeczywistości. Zamiast tego jest strach, ludzie mają się bać i żeby się bali trzeba cały czas pokazywać im coraz straszniejsze maski i snuć opowieści z krypty. Wyborca prawicy musi nieustannie czuć lęk, że zaraz Niemka von der Leyen, Unia i Tusk zabiorą mu wszystko, co kocha, a jedynym ratunkiem jest Dariusz Matecki.
A to wszystko jeszcze podlane jarmarcznym sosem nieustannej monetyzacji i presji na zasięgi, czyli w sumie dwóch stron tego samego medalu.
Nie żyje Hubert Aiwanger - przewodniczący regionalnej partii Wolni Wyborcy, wicepremier Bawarii - został wczoraj znaleziony martwy w berlińskim hotelu.
Co dotychczas ustalono, kim był sam polityk i jego ugrupowanie i o skandalu z jego udziałem.
Zapraszam.
Aiwanger był liderem prawicowej, regionalnej partii Wolni Wyborcy, która jako junior partner współrządzi Bawarią.
Pełnił funkcję wicepremiera landu i ministra gospodarki.
Wolnych Wyborców można ideologicznie sklasyfikować na prawo od chadeków, ale na lewo od AfD. Gospodarczo zaś są ugrupowaniem liberalnym.
Partia odniosła swój największy sukces, wchodząc do rządu Bawarii.
Próbowała też swoich sił w innych landach, zwłaszcza na południu Niemiec, lecz bez większych sukcesów.
Sam Aiwanger, pochodzący z rodziny rolniczej, budował swój ruch bardzo oddolnie, opierając go na małych, wiejskich bawarskich stowarzyszeniach, spotkaniach w namiotach piwnych i podkreślaniu przywiązania do regionalnej, wiejskiej tożsamości.
Aiwanger krytykował politykę klimatyczną, zakazy związane z motoryzacją oraz wysokie obciążenia podatkowe.
Po 2022 roku potępił Rosję za atak na Ukrainę i popierał niemiecką pomoc dla napadniętego państwa, jednocześnie zaznaczając, że należy dążyć do deeskalacji konfliktu.
Jako minister gospodarki podkreślał znaczenie zarówno Rosji, jak i Ukrainy dla bawarskiej gospodarki.
Potrafił w swoich przemówieniach krytykować berlińskie elity, ale robił to w sposób, który nie odbierał mu sympatii.
Kondolencje po jego śmierci składali politycy z całego niemieckiego spektrum politycznego - od AfD, przez partie centrowe, aż po młodzieżówki ugrupowań lewicowych (a młodzieżówki w Niemczech to często najbardziej radykalne skrzydła poszczególnych partii).
W Berlinie Aiwanger przebywał w związku z otwarciem przedstawicielstwa partii w stolicy Niemiec, które miało być kolejnym przyczółkiem ugrupowania.
Miał wygłosić przemówienie podczas inauguracji, lecz odwołał je z powodów zdrowotnych. Następnie utracono z nim kontakt.
Polityk został odnaleziony martwy w pokoju hotelowym w hotelu Neuer Fritz w centrum Berlina.
Berlińska prokuratura wszczęła śledztwo.
Na ten moment nie można wykluczyć udziału osób trzecich w jego śmierci.
Jej przyczyna pozostaje nieznana.
Największa afera w karierze Aiwangera wybuchła w 2023 roku, kiedy na jaw wyszła ulotka o treści narodowosocjalistycznej, którą polityk miał współtworzyć lub rozpowszechniać jeszcze w czasach szkolnych.
Ulotka drwiła z ofiar Holokaustu.
Aiwanger zaprzeczył, jakoby był autorem ulotki (publicznie odpowiedzialność za jej powstanie wziął na siebie jego brat Helmut), ale przyznał, że posiadał kilka egzemplarzy i przeprosił za błędy młodości.
Po publikacji artykułu w „Süddeutsche Zeitung” znaleźli się również szkolni koledzy Aiwangera, którzy twierdzili, że widzieli, jak wykonywał w czasach szkolnych hitlerowskie pozdrowienie. Polityk również temu zaprzeczył.
Afera nie wpłynęła na wynik wyborów.
Hubert Aiwanger miał 55 lat.
Był katolikiem, ojcem dwóch synów.
🇺🇸🇪🇺🇵🇱Mój komentarz do wyborów w USA z polskiej i europejskiej perspektywy.
Przyczyny porażki Republikanów są szeroko znane i opisywane - wywoływanie wątpliwych z punktu widzenia strategicznego wojen zamiast obiecanego w kampanii wycofywania się USA. Nadszarpnięcie stosunków z kilkoma sojusznikami również można do tego dodać.
Z naszego punktu widzenia to mało istotne.
Czytam komentarze Europejczyków, w tym Polaków.
Jedni Trumpa nigdy nie lubili, cieszą się z przegranej Republikanów i wyczekują końca jego kadencji.
Inni zawiedli się na Trumpie i ich poparcie dla niego minęło.
Jeszcze inni, choć stanowią mniejszość, wciąż próbują bronić i tłumaczyć jego politykę.
Sytuacja z perspektywy Europy jest o tyle śmieszna, tragiczna i żałosna zarazem, że kontynent, który kiedyś podbił i zdominował świat, dziś musi oglądać się na wybory w USA, bo inaczej może mieć problem.
Nikt w Europie, spośród komentujących wybory w USA, nie próbuje sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego doprowadziliśmy do sytuacji, w której dla nas tak kluczowe są wybory w USA.
Dlaczego musimy oglądać się na to, czy USA zapewnią Europie odpowiednią ochronę i czy będą prowadzić wobec Rosji politykę zgodną z naszym interesem (co już samo w sobie jest absurdem, bo nie muszą, ale my to robimy).
I proszę mnie dobrze zrozumieć - tu nie chodzi o obronę polityki Trumpa, ani w ogóle o Trumpa, lecz o sytuację, w której my w ogóle musimy się nad tym zastanawiać, podczas gdy USA mogą mieć w poważaniu to, kto jest kanclerzem Niemiec czy prezydentem Francji, ponieważ to Europa bardziej potrzebuje USA niż odwrotnie (o tym jeszcze za chwilę).
Poziom przecwelowania Europejczyka jest tak wysoki, że Ameryka może otwarcie grozić państwu w Europie, że ma ochotę na jej terytorium, a my będziemy dyskutować o tym, że po Trumpie będzie lepszy prezydent, a inni wręcz będą tego bronić, twierdząc, że może i lepiej byłoby, gdyby ta Grenlandia stała się amerykańska.
Nikomu nie przyjdzie do głowy, że może, ze względu na ogromną dysproporcję sił na korzyść Ameryki, należałoby na nowo przemyśleć stosunki z USA W OGÓLE, zamiast modlić się, by USA chciały robić to, co jest dla nas dobre w Europie.
Dlaczego tak się dzieje?
Dzieje się tak oczywiście dlatego, że dla postzimnowojennego Europejczyka nie ma już innego świata niż Europa pod parasolem USA. Porządek ustanowiony po II wojnie światowej musi przetrwać, musi pozostać taki sam, nawet jeśli granica między Wschodem a Zachodem przesunęła się na wschód po zakończeniu zimnej wojny.
Nie wiem, czy bardziej rzygać mi się chce na klękającą przed Trumpem prawicę europejską, czy na modlących się o niebieskiego mesjasza liberałów i lewicę.
Czy już tylko potrafimy być w cieniu Ameryki?
I żeby była jasność - są obecnie takie obszary, zwłaszcza w IT i software, ale także w dziedzinach wojskowych, w których Ameryka jest wręcz nie do zastąpienia.
Ma ogromną przewagę, a w niektórych przypadkach wręcz monopol na produkcję określonych rozwiązań w kontekście wojskowym (alternatywy w postaci Chin nie liczę).
Zdaję sobie z tego sprawę.
Ale to po pierwsze nie zmusza nas do tak poddańczej postawy wobec USA, a po drugie powinno obudzić pytanie, dlaczego nie mamy w Europie alternatyw.
Dla tego rodzaju broni, dla usług Google'a, dla IT, dla AI i tak dalej.
I może wreszcie powinniśmy wejść na drogę ich budowania i spojrzeć na świat po raz pierwszy od 1945 roku z własnej perspektywy.
W przeciwnym razie do końca świata będziemy modlić się, by przyszły prezydent USA był dla Europy odpowiedni, odstraszał nam Rosję, a my będziemy dostosowywać się do amerykańskich wojen i cieszyć z tego, że walczymy w interesie wolnego świata.
Niemiecki establishment snuje ciekawą opowieść o migrantach w Niemczech.
Tutaj Merkel zrównuje Syryjczyków, którzy przybyli do Niemiec w ostatnich falach uchodźczych, z byłymi obywatelami NRD...
I już nawet nie chodzi o to, że ci z byłej NRD przybyli dużo wcześniej, ale o podstawową różnicę:
byli oni Niemcami, w przeciwieństwie do Syryjczyków (i tak - to ma znaczenie).
Wcześniej mieliśmy już zrównywanie uchodźców i migrantów z wypędzonymi oraz późnymi przesiedleńcami, jako argument w stylu:
„wtedy ich przyjęliśmy, więc dziś też przyjmijmy”. Lecz znowu – wtedy mieliśmy do czynienia również z Niemcami.
Po drodze opowieści o tym, jak to turecki Gastarbeiter miał ogromny wkład w niemiecki Wirtschaftswunder, choć pierwsi Gastarbeiterzy przybyli do Niemiec już u schyłku niemieckiego cudu gospodarczego.
W przemówieniu byłej kanclerz nie mogło zabraknąć ulubionego hasełka niemieckiego establishmentu, czyli: „Niemcem jest ten, kto ma niemiecki paszport”.
Abstrahując od różnicy między narodowością a obywatelstwem, jest to reakcja na dość mocno zakorzeniony i ostatnio nieco ożywający sposób myślenia, według którego kawałek papieru nie czyni Niemcem.
O ile wcześniej można to było jeszcze nieźle sprzedawać, o tyle po aferach związanych z rozdawaniem niemieckich paszportów, przyspieszaniem procedur i nadawaniem obywatelstwa na pokaz (ze słynnym uchodźcą z pontonu, który otrzymał obywatelstwo i został wybrany do Bundestagu) idzie to coraz gorzej.
Nie jest to pierwszy i zapewne nie ostatni temat, w którym pani kanclerz gasi pożar benzyną.
Merkel erklärt, Bürger "aus der DDR" seien später zu Deutschland hinzugekommen - so wie Syrer "erst vor drei Jahren" dazugekommen seien. Ein ungeheuerlicher und geschichtsvergessener Vergleich einer Altkanzlerin, deren CDU unserem Land bis heute massiven Schaden durch ihre Migrationspolitik zufügt und den Wählerwillen im Osten vollständig ignoriert.
Czytając takie wpisy, zastanawiam się, czy ludzie naprawdę w to wierzą, czy chodzi już tylko o lajki.
Po pierwsze obecność i przemieszczanie się wojsk NATO na terytorium Sojuszu regulują odpowiednie przepisy i porozumienia natowskie. Nie ma więc nic dziwnego w obecności wojsk czy pojazdu wojskowego państwa NATO w Polsce.
Powodem mogą być wspólne ćwiczenia (obecnie organizowane są m.in. w ramach Koalicji Chętnych), stała obecność wojskowa, a nawet działania administracyjne.
To nie jest przecież tak, że obecność NATO w Polsce oznacza wyłącznie żołnierza z karabinem.
Po drugie ze względu na wojnę w Ukrainie Polska jest krajem tranzytowym.
Kolumny wojskowe i transporty związane z wojskiem, z różnych powodów i w różnych celach, mogą przemieszczać się przez Polskę w kierunku Ukrainy, przejść granicznych czy Jasionki.
To normalne i Polska sama się tego domagała, by Zachód się angażował.
Oczywiście, może teraz zmienić zdanie, zamknąć Jasionkę, zakazać tranzytu, a Niemcom kazać wyjechać.
Tyle że takie decyzje muszą być uwzględniane i koordynowane na szczeblu NATO.
Po trzecie obecność i działania policji są regulowane również przepisami unijnymi.
Czy niemiecki policjant ma na terytorium Polski takie same uprawnienia jak polski?
Nie.
Czy wykonywanie przez niego określonych czynności jest w świetle obowiązujących przepisów dozwolone?
Tak.
Po czwarte mam pewną propozycję.
Potraktujmy siebie samych jak poważne państwo należące do UE i NATO, które na widok wojsk sojuszniczych czy policji państw członkowskich po prostu macha ręką.
Nie traktujmy siebie jak republiki bananowej, której cała tożsamość kręci się wokół kolonializmu i która dostaje apopleksji na widok amerykańskiego lotniskowca, bo USA to nowe Imperium Brytyjskie, które nas biło - choć jeszcze chwilę wcześniej sami podpisaliśmy z tymi Amerykanami umowę.
🇩🇪🇵🇱🇷🇺Niemcy, Rosja a kompleks polski...
Nie wiem czy największy, ale Rosja i Niemcy – na tym można zamknąć wiele wątków naszej historii: zabory, okupacje, PRL.
Któregokolwiek wydarzenia bądź epoki byśmy nie wybrali, prędzej czy później pojawi się w niej któryś z tych dwóch sąsiadów (wiadomo w jakim kontekście).
Kiedy w Europie kształtowały się nowoczesne narody, świadomość narodowa i państwa, Niemcy i Rosja miały ogromny wpływ na mentalność i samą świadomość nowoczesnego Polaka. Zaryzykuję nawet tezę, że bycie choć trochę przeciw Niemcom i Rosji stało się częścią naszej tożsamości, polskości.
Odmienny stosunek do obu tych państw potrafi wywołać całkiem poważne pytanie:
„Czy ty jesteś Polakiem?”.
Cokolwiek Niemiec bądź Rosjanin nie powie, choćby dotyczyło to sposobu gotowania ziemniaków, Polak przemyśli to trzykrotnie, bo przecież powiedział to Niemiec albo Rosjanin.
I jeszcze trzeba się zastanowić, czy przypadkiem nie kryje się za tym coś wymierzonego w Polskę, nawet jeśli chodzi tylko o wodę po ziemniakach.
Proszę zwrócić uwagę, jak Niemcy i Rosja często pojawiają się w dyskusjach na temat polityki - od najprostszych, wręcz błahych spraw, po wielkie projekty.
W Polsce opóźnia się budowa lotniska?
Niemcy maczali w tym palce.
Policjant na proteście nie ma numeru na hełmie? Pewnie wysłany przez Niemcy.
Rosji to już nawet nie wspomnę - kontroluje wszystko:
protesty, partie, a nawet każe młodzieży nosić noże do szkoły.
Nie wiem, czy istnieje choć JEDEN temat polityczny w Polsce, jeden aspekt, jedna sprawa, w której ktoś nie dostrzeże ani Niemców, ani Rosjan.
Kolejnym objawem naszej paranoi jest wewnętrzna sprzeczność w postrzeganiu tych państw.
Z jednej strony są one niezwykle silne i potężne: ustawiają nam premiera, podejmują decyzje ponad naszymi głowami, a do tego są mocarstwami, które uznają Chiny i USA, IV Rzesza
Z drugiej strony jedni już się kończą, bo Turcy ich zatopią i znajdują się pod okupacją Amerykanów, a drudzy przegrali już wojnę z Ukrainą 46 razy.
Trudno mówić u nas o wyważonym podejściu. Takie podejście słabo oddziałuje na emocje. Przykładowo:
można przecież powiedzieć o RFN, że jest państwem bardzo wpływowym w UE, ale nie „rządzącym UE”, ważnym w Europie, lecz mającym ograniczone wpływy na świecie (co nie znaczy, że zerowe), silnym gospodarczo, ale słabym militarnie.
Niemieckimi bądź rosyjskimi agentami jest u nas cała scena polityczna.
Niektórzy są nawet agentami FSB i BND jednocześnie...
Mamy całe litanie do wygłoszenia Niemcom i Rosjanom o tym, czego nie powinni byli zrobić, aby między nami było dobrze.
Nie zdajemy sobie przy tym sprawy, że oni nie mają problemu z naszymi szajbami - mają je gdzieś.
I niestety, wbrew temu, co się u nas sądzi, nawet jeśli mają problem z własną przeszłością i tożsamością, to nie w kontekście Polski.
Dziś traktują ją jako rubież amerykańskiej strefy wpływów, w której sprawy można załatwiać z Amerykanami.
Właśnie ta obojętność boli najbardziej.
Najważniejszy chyba wniosek na przyszłość jest taki, że paranoiczne podejście nie szkodzi ani Niemcom, ani Rosji, lecz nam samym.
Utrudnia nam bowiem realną ocenę sytuacji i rozpoznanie tego, co jest możliwe, a co nie.
Przez tę paranoję często zakładamy, że „i tak się nie uda”.
Wciąż sami sobie powtarzamy, że nami „gardzą”. A co najlepsze, próby prowadzenia normalnej polityki wobec Rosji czy Niemiec, pójścia na kompromis, a często po prostu ROZMOWY - czyli rzeczy absolutnie normalnej w polityce - są uważane za "płaszczenie się".
Bo my wolimy mówić głośno, nawet jeśli z tego mówienia nic nie wynika. Ale znów - odpowiada to naszym emocjom.
Wiele razy próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak jest i czy tak być musi.
Tak jest oczywiście przez przeszłość.
A jak to zmienić?
Zdać sobie sprawę, że nasze cierpienie i przeszłość, jakkolwiek ważne mogą być dla nas, nie są i nigdy nie będą walutą w polityce zagranicznej.
Nikogo nie obchodzą.
Powinniśmy to zrozumieć nie dla Niemców i Rosjan, lecz dla dobra Polski.
Mam wrażenie, że najwięksi zwolennicy cywilizacji łacińskiej i Zachodu zapomnieli, czym ta cywilizacja łacińska tak naprawdę jest.
Parafrazując Nietzschego:
Państwo tak długo zwalczają Rosję i tak długo się nią zajmują, że mentalnie powoli same stają się Rosją.
Gdzie jest paragraf, który Braun rzekomo złamał?
Gdzie jest proces i skazanie przez niezawisły sąd?
Niewinny, dopóki nie zostanie skazany.
To jest właśnie Zachód, to jest cywilizacja łacińska, którą odmieniamy przez wszystkie przypadki i której pojęciem rzucamy na lewo i prawo (choć tak naprawdę nie mamy pojęcia czym są) i które to zdaniem "dEmOKRatUf" odróżniają nas o od Rosji i Chin...
Stępelek i gęba faszysty i sprawa załatwiona.
Do paki, a inni już na egzekucję wysyłają.
I ten rak głupoty i zamordyzmu niestety dotyczy całego Zachodu, nie tylko Polski.
I oczywiście Pan Minister doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale na potrzeby politycznej bieżączki napiszemy, że Braun do więzienia.
To jednak niebezpieczna gra, a zachwyt ludzi nad tego typu frazesami pokazuje, jak niewiele Zachodu pozostało na Zachodzie.
Z drugiej strony fakt, że tego typu hasła o delegalizacji i więzieniu, oparte na hasłach, głupich artykułach i krzykach, kończą się jedynie na słowach, najlepiej pokazuje, że wciąż rządzi prawo, a nie żadna „wola ludu” - sfanatyzowanego z jednej bądź drugiej strony.
Osobiście nie czuję kompletnie klimatu Halloween, ale nie mam nic przeciwko zaadaptowaniu tego zwyczaju u nas w postaci okazji dla dzieci do zbierania słodyczy (bo w takiej formie, a nie jako jakąś ideologię, został on zaadaptowany).
Warto dodać, że nie koliduje to z Dniem Wszystkich Świętych.
Mój sprzeciw budzi się jednak, kiedy widzę drzwi starszej sąsiadki oblane czymś czerwonym w ramach „psikusa” (chcę wierzyć, że nie była to farba).
Z doświadczenia wiem, że jeśli kogoś nie ma w domu, to nie ma też psikusa, więc sąsiadka musiała odmówić wręczenia cukierka, a może po prostu go nie miała...
Jednak taki psikus powinien chyba mieścić się w granicach rozsądku, zwłaszcza jeśli jego adresatem jest starsza osoba.
W sprawie Trybunału Konstytucyjnego:
Po pierwsze reset konstytucyjny jest jedynym wyjściem z tej sytuacji.
Przyzna to już każdy, kogo miłość do partii matki z jednej strony, a nienawiść do drugich z drugiej kompletnie nie zaślepiła.
Większość nawet nie wie, o co tam chodzi, ale nazwisko Tusk albo Nawrocki sytuuje już po odpowiedniej stronie.
Po drugie migają mi już wpisy ludzi spoza tego sporu (tak zakładam), że PiS z PO zmarnowały Polsce 20 lat życia...
Warto wspomnieć, że realny rozwój i wychodzenie z biedy lat 90. oraz spór dwóch naszych największych obozów politycznych to dwie różne sprawy.
To nie jest tak, że bez konfliktu PO z PiS bylibyśmy dziesiątą gospodarką świata albo nie mielibyśmy problemów ze służbą zdrowia.
I odwrotnie - czy dało się zrobić więcej dla służby zdrowia?
Tak, ale znów można było to zrobić również z tym metaforyczym sporem.
Po trzecie głęboki spór pomiędzy Polakami, wojna na wschodzie i napięta sytuacja z Rosją nasuwają nam łatwe analogie przedrozbiorowe.
Warto podkreślić, że sytuacja międzynarodowa na północy, zachodzie i południu jest inna niż wtedy.
Obecność amerykańska na kontynencie to również istotna zmienna (którą to obecność należy jeszcze dobrze wykorzystać i nie dać się jej wykorzystać, ale to już inny temat).
Nasi sojusznicy mogą mieć inne zdanie na wiele tematów niż my i nie zawsze robią to, czego byśmy chcieli, ale ich stosunek do niepodległości Polski, w porównaniu ze stosunkiem ówczesnych mocarstw ościennych, jest diametralnie inny.
Oficjalne oświadczenie Stronnictwa Pruskiego
SP infornuje, że z działaniami wokół Trybunału Konstytucyjnego Rzeczypospolitej Polskiej nie mamy nic wspólnego.
Życzymy Polakom pomyślnego rozwiązania tej sprawy, w duchu pokoju i demokracji.
Włożę kij w mrowisko, ale:
Historia, która ma naprawdę znaczenie dla sposobu myślenia społeczeństwa i która w ogromnym stopniu nas kształtuje (a także każdy naród), to ta najnowsza, sięgająca wstecz do momentu powstania nowoczesnych narodów.
To wtedy faktycznie można mówić o „nas”, bo pojawia się rozumienie narodu takie, jakie znamy dzisiaj.
To wtedy jedni zaczynają podbijać świat i innych, kształtując tym samym określoną mentalność… powoli już mas właśnie.
Inni tracą państwa, co również wpływa na masy i ich sposób myślenia, jeszcze inni nagle budzą się ze świadomością, że w sumie nigdy nie mieliśmy państwa, a chcielibyśmy…
Proszę zwrócić uwagę, że Polacy mają z Rosjanami i Niemcami spory emocjonalny problem z właściwą oceną sytuacji, czasem ze znalezieniem złotego środka.
Bywamy przez wzgląd na przeszłość przewrażliwieni i jak sądzę wszyscy wiedzą, o czym mówię.
Nie mamy tego jednak absolutnie w stosunku do np. Turcji czy Szwecji…
Dlaczego?
Ano dlatego, moim zdaniem, że konflikty królów sprzed setek lat mają niewielki wpływ na mentalność narodów.
Ludzie lubią mówić, jak to „zdobyliśmy Moskwę” i w sumie nie ma nic dziwnego w tym, że Polak identyfikuje się z historią Polski, a Francuz z historią Francji (w tym z królestwami sprzed setek lat).
Co może być w tym zgubne - o tym za chwilę.
A póki co - może właśnie tego brakuje w nauczaniu historii: wskazania, czym 500 czy 700 lat temu było owo „my”.
Bo jakkolwiek ludzie oczywiście dzielili się na posługujących się różnymi językami, to świadomość i owo właśnie „my” kształtował nie język jako nośnik kultury, jak dzieje się to dzisiaj, lecz przede wszystkim klasa społeczna.
Król Polski znacznie więcej miał wspólnego i chciał mieć wspólnego z królami Szwecji i Francji oraz książętami Rzeszy niż z jakimś tam chłopem spod Krakowa czy Paryża.
Dość powiedzieć, że królowie sami często nie byli Polakami (Szwedzi, Francuzi, Niemcy, Węgrzy…).
Interes rodziny często był ważniejszy niż interes samego państwa, a państwo miało znaczenie tak długo, jak długo zasiadało się na jego tronie.
To jest naprawdę nieporównywalne ze współczesnymi prezydentami i premierami - wychowanymi wśród ludzi, w tej samej kulturze i podobnej mentalności.
Czy to coś złego, że identyfikujemy się z tymi zwycięstwami?
Odpowiedziałbym: nie, jeśli te marzenia i wspomnienia nie przesłaniają rzeczywistości.
Jak napisałem, nie ma nic złego w tym, że ktoś interesuje się historią swojego kraju i się z nią identyfikuje.
Nie chciałbym jednak, aby Polak, wspominając zwycięstwa sprzed stuleci, stał się Mongołem, który powtarza w towarzystwie, że jego kraj miał kiedyś drugie co do wielkości imperium w historii świata, ustępujące jedynie brytyjskiemu.
I cudownie, ale dzisiaj jesteś mało znaczącym krajem wciśniętym między Rosję a Chiny.
Fajnie, że triumfowaliśmy nad Rosją 400 lat temu. Pytanie tylko, co dzisiaj z tego zostało?
Jakie mamy dziś opcje wobec Rosji, poza wiecznym oglądaniem się na sojuszników i pytaniem, czy Ameryka nam pomoże i czy artykuł 5. zadziała?
Wyobraźcie sobie Państwo, że może dziś nie być NATO i USA w Europie?
Nieważne, że do takiego scenariusza obecnie daleko.
Znaczenie ma to, że ta wizja doskonale pokazuje, ile zostało z naszych zwycięstw nad Moskwą.
A może to właśnie taki pocieszacz po ostatnich 250 latach?
Świadomość, że choć dziś jesteśmy trochę na pasku Zachodu i bez niego niewiele możemy i zrobimy, to przynajmniej mamy piękną przeszłość.
A może znacznie większymi i prawdziwie NASZYMI zwycięstwami są podnoszenie i odbudowa tego kraju - po latach zaborów, po II wojnie światowej, po niedoskonałościach socjalizmu - oraz wywindowanie go na 20. gospodarkę świata?
W różnych systemach i sojuszach, ale jakoś ciągle do przodu?
W kluczowym dla Polaków momencie kształtowania się nowoczesnego narodu sąsiedzi starli nas z mapy, a po naszym ponownym pojawieniu się jeszcze nas poturbowali i wzięli pod but.
I to ukształtowało współczesnego Polaka znacznie bardziej niż „nasze” zdobycie Moskwy…
415 lat temu, 29 października 1611 roku, na Zamku Królewskim w Warszawie zdetronizowany car Wasyl Szujski i jego bracia Dymitr oraz Iwan oddali pokłon Zygmuntowi III Wazie. Przed królem i zgromadzonymi stanami sejmowymi przedstawił ich hetman Stanisław Żółkiewski, zwycięzca spod Kłuszyna. Wydarzenie znane jako hołd ruski stało się symbolem ówczesnej potęgi naszego państwa.
Mamy prawo być dumni z historii państwa, z którym nie tylko Moskwa musiała się liczyć. Polska, prowadząc jednocześnie wojnę ze Szwecją, była w stanie zająć Moskwę, uwięzić zdetronizowanego cara i zmusić do oddania hołdu. Jeszcze w 1610 roku, po obaleniu Szujskiego, moskiewscy bojarzy uznali za cara polskiego królewicza Władysława Wazę, późniejszego króla Władysława IV. To pokazuje jak nasi przodkowie potrafili prowadzić samodzielną politykę, skutecznie walczyć i wygrywać.
Takie osiągnięcia zasługują na przypomnienie i podkreślenie. Musimy budować nasz narodowy charakter przede wszystkim na zwycięstwach i sukcesach, których odnieśliśmy w dziejach bardzo wiele. Wzmacniajmy w sobie wiarę we własne możliwości. Szczególnie ważne jest to dziś, kiedy dopiero budujemy nasz potencjał i siłę państwa. Polska potrzebuje własnej siły wojskowej, gospodarczej i politycznej, żeby o jej bezpieczeństwie nie rozstrzygano w innych stolicach.
Na obrazie Jana Matejki carowie Szujscy oddają hołd królowi Zygmuntowi III Wazie podczas sejmu w Warszawie.
🇵🇱🇷🇺Bardzo dobry tekst redaktora @JanFiedorczuk.
Polecam.
Jest tu sporo ciekawych konkluzji, jak choćby wybiórczość i obłuda w kontekście sankcji czy stwierdzenie, że Rosji nie można izolować we współczesnym świecie (jest zbyt ważnym punktem na mapie zbyt skomplikowanego świata).
Najważniejsze jest jednak coś innego.
Nawet jeśli zgadzamy się z obecną polityką Polski względem Ukrainy i popieramy wszelkie retoryczne zwycięstwa Polski, to powinniśmy wymagać od polityków i polskiego MSZ planu na wypadek resetu Zachodu z Rosją.
Powiedzieć „do tego daleko” to za mało.
Powiedzieć „popełniacie błąd” to za mało.
Oburzyć się to za mało.
Powiedzieć, że w Rosji biją kobiety i robią kupę za domem, to za mało.
Powiedzieć, że Rosja jest niemoralna, to za mało.
MSZ musi mieć plan na wypadek takiego scenariusza.
I to powinno być istotne zwłaszcza - podkreślam: zwłaszcza - dla tych wszystkich, a więc większości Polaków, którzy taki scenariusz uważają za najgorszy dla Polski.
Bo od czego mamy polityków?
Od gadania i oburzania się czy właśnie od umiejętnego zarządzania w najgorszych czasach?
Póki co nasi politycy przypominają kierowcę tira, który na pytanie, czy da radę jechać po górzystych terenach w śniegu, odpowiada, że śniegu nie będzie, bo nie zapowiadali, a po płaskiej nawierzchni to ja jestem mistrzem kierownicy.
Czy nasi sojusznicy każą nam niedługo polubić Rosję? W nowym @DoRzeczy_pl pytam, co zrobią 🇵🇱 elity, gdy Zachód ponad naszymi głowami zdecyduje o normalizacji stosunków z 🇷🇺. Przyszła odwilż może być bowiem bardzo bolesnym zderzeniem z rzeczywistością
👇dorzeczy.pl/opinie/961497/dz…
Piękny clickbait. I słówko jeszcze o Lewandowskim i Bayernie.
Po pierwsze „przeprowadzono głosowanie” brzmi trochę tak, jakby udział w nim wzięli wszyscy zarejestrowani fani Bayernu.
Tymczasem mamy do czynienia z... sondą internetową na stronie T-Mobile (czyli nawet nie Bayernu).
Zwycięstwo Gerda Müllera nie może dziwić, bo dla Niemców (a to oni tam głosują) jest on absolutną legendą, między innymi ze względu na większą liczbę strzelonych dla reprezentacji Niemiec goli niż rozegranych występów.
To wyczyn bardzo trudny do pobicia.
Müller ceniony był też pod względem ludzkim.
Niesamowite jest dla mnie to, że ktoś potrafi wyciągnąć z durnej sondy internetowej wnioski o niechęci czy kompleksach wobec Polski...
Jedyny kompleks mają komentujący, którzy dosłownie każdą rzecz widzą w kontekście relacji polsko-niemieckich.
Po drugie czytam komentarze, że wśród kibiców Bayernu Lewandowski jest nielubiany i niedoceniany, że nie jest legendą tego klubu, a w Barcelonie jest, bo miał mecz pożegnalny...
Skąd w ogóle wniosek, że jest nielubiany?
Bayern i Bundesliga wspominają Lewandowskiego w mediach społecznościowych tak jak każdego bardziej znanego piłkarza - z okazji urodzin czy różnych uroczystości.
W przypadku Lewego najgłośniej robi się o nim przy okazji rocznicy słynnych pięciu goli strzelonych w krótkim czasie.
W Niemczech uchodził raczej za piłkarza wycofanego i skupionego na pracy, profesjonalistę, niebrylującego w mediach jako śmieszek pokroju Thomasa Müllera.
Nikt go jednak nie nienawidził ani nie żywił wobec niego złych emocji.
Co ważne, ani w kontekście BVB, ani Bayernu Lewandowski nie wypowiadał się o jakichś uczuciach czy wierności klubowi (i ceniono tę szczerość), ale ten fakt stawiał go w cieniu wychowanych w Bawarii, mówiących dialektem i za młodu biegających w tyrolskich porciętach niczym Jerzy Urban za okupacji niemieckiej Schweinsteigera i Thomasa Müllera.
Bayern - choć popularny na świecie BARDZO MOCNO akcentuje swojskość.
Przy okazji bicia kolejnych rekordów kibice trzymali za niego kciuki. Nikt nie mówił: „Niech nie pobije rekordu, bo to Polak! NIEMIEC ma mieć rekord!”.
("Nie mówili, ale myśleli. A jak nie myśleli, to mogli pomyśleć!" - zaraz ktoś napisze).
Przy okazji słynnego roku, w którym odwołano galę Złotej Piłki, wszyscy życzyli mu nagrody, bo... uwaga, to zawodnik mojego klubu.
Z tego samego powodu Kane może być dziś popularniejszy.
Nie wspomnę już o tym, że niemieckie środowisko kibicowskie jest dość mocno przesunięte na lewo. Wszelkie hasła w rodzaju „Niech Niemiec trzyma rekord, a nie Polak” są tam źle widziane.
To nie Polska, gdzie w środowiskach kibiców nie wejdziesz z flagą LGBT.
Kluby Bundesligi, popularnej ligi na świecie (choć ustępuje lidze hiszpańskiej, włoskiej i angielskiej), bardzo dbają o wizerunek daleki od wszelkiej prawicy, dyskryminacji itd...
Oczywiście są wyjątki jak Dynamo Drezno, ale to nie wśród czołówki 1. Bundesligi.
Z Lewandowskim w Niemczech kojarzę dwie sytuacje, w których zirytował kibiców.
Pierwsza miała miejsce, gdy przy przejściu do Bayernu powiedział coś w stylu, że nareszcie czuje, że gra dla wielkiego klubu (kibice BVB poczuli niesmak...).
Druga - gdy pod koniec pobytu w Bayernie chciał więcej pieniędzy, co w Niemczech jest generalnie słabo widziane.
Jeśli w ankiecie internetowej sznycel z sałatką ziemniaczaną pokona schabowego z pierogami, to naprawdę nie będzie to plucie na Polskę, nienawiść do Polaków ani dowód na tysiące innych paranoi.
Obecnych nie po tej stronie Odry, po której większość u nas zakłada.
Każdy naród europejski ma jakąś tam swoją opowieść o sobie samym - jedni podkreślają więzy krwi, inni tworzą zbiór wartości, które trzeba spełniać, by należeć do wspólnoty, jeszcze inni łączą to z wiarą.
Systemy te kształtowały się przez stulecia, również w konfliktach i sporach pomiędzy narodami europejskimi.
I są to piękne akademickie dysputy, które mają jednak zerową przekładalność na współczesne realia masowych ruchów migracyjnych z Afryki, z którymi będziemy się mierzyć również w przyszłości (bo to, co działo się 10 lat temu, to nie koniec).
Przy sporach granicznych z Niemcami bądź Rusinami moglibyśmy sobie mówić, że do narodu polskiego należy ten czy tamten, bo przejął polskie dziedzictwo duchowe.
Potem Józef Unrug swoją postawą we wrześniu 1939 roku udowodnił, że przyjął to dziedzictwo duchowe, a jakiś tam inny tego nie udowodnił, bo gdy wojska niemieckie wkroczyły do Polski, ten jeszcze zapisał się do NSDAP.
I wszystko jasne.
Tylko że dziś nie mamy problemu na granicach z obywatelami Niemiec czy Litwy, lecz po pierwsze z masówką (to jest tutaj jedna z największych zmiennych), a po drugie z ludźmi, dla których powyższe rozważania będą czystą abstrakcją.
Tu trzeba zacząć od podstaw, takich jak to, że obcych ludzi nie należy dotykać, że na kuchence gazowej robi się obiad, a nie rozpala ognisko wśród cegieł i że w życiu raczej trzeba pracować...
Państwo chcecie uczyć macierzy i algebry ludzi, którzy nie znają tabliczki mnożenia do 100...
Czytam inne niż Pana Wróbla reakcje na zaproszenie Bostona.
Po pierwsze niebywałe jest dla mnie, jak bardzo dla wielu ludzi liczy się naczynie, a nie zawartość, esencja.
Boston, w dość kontrowersyjnej obudowie, podaje na swoim profilu MASĘ badań i statystyk pochodzących głównie z anglosaskich uniwersytetów i amerykańskich służb, np. policyjnych.
Dlaczego nikt nie potrafi się do tego odnieść?
Po drugie, czytam, że Bostona zaorano, bo nie ma żadnej „wielkiej podmiany”, a po prostu korporacje ściągają ludzi, bo są tańsi, a tak w ogóle to ludzie z Afryki sami lgną do Europy, bo tu po prostu lepiej się żyje...
Wielkie dzięki za to wyjaśnienie, naprawdę!
Kłamstwo „wielkiej podmiany” obalone, problem rozwiązany, bo przecież jego SEDNEM było to, że oni sami chcą tutaj przyjechać i nie ma żadnego planu wielkiej podmiany.
Swoją drogą niesamowite, jakim kagańcem, batem, kneblem i gombrowiczowską gębą na Zachodzie stał się "rasizm".
Wystarczy przykleić łatkę i na niektórych działa jak pewna gwiazda w pewnych środowiskach 90 lat temu...
Na ch*ja komu polski, kulturowy, wspólnotowy nacjonalizm, skoro przecież można promować obcy naszej tradycji prostacki rasizm i stanąć w jednym szeregu z wszelkimi odmianami altrightowców, wcalenienazioli ("ale Adolf wiedziałby, co zrobić"), banderowców i resztą wyznawców ideologii dla małp, tyle że białych (no i śniadych, bo przecież Izrael też jest wzorem).
Głęboki regres. Żeby jeszcze mógł być skuteczny, to pół biedy, ale przecież to tylko gadanie, które zrobi zasięgi, namąci ludziom w głowach - ale przecież niczego nie zbuduje.
P. S. Nie, nie sprowadzajmy Hindusów.
🇵🇱🇺🇦🇷🇺Przepraszam bardzo, ale nie.
Po pierwsze do Pana Kaczorowskiego jest mi bardzo daleko, ale słusznie (choć nieudolnie) wskazuje on, że kwestię „czy nie jest tak, że każdy zniszczony rosyjski czołg leży w interesie Polski” trzeba umiejscowić w odpowiednim kontekście.
A kontekst jest taki, że obecnie i w niedalekiej przyszłości to nie rosyjskie czołgi same w sobie stanowią największe zagrożenie ze strony Rosji (o tym za chwilę)
Rosja dysponuje (!)ponad dziesięciokrotnie(!) mniejszą liczbą czołgów niż ZSRR.
Gdybyśmy dzięki Ukraińcom mówili o zejściu z liczby 20 000 czołgów do 3000, to tak - pełna zgoda.
Robiłoby to różnicę.
Rosja nie ma potencjału do zaatakowania całego NATO w sposób, w jaki zaatakowała Ukrainę, między innymi ze względu na różnicę w potencjale pancernym, ale też w kilku innych aspektach, w porównaniu z najlepszymi czasami ZSRR.
I to jest właśnie ten kontekst.
Po drugie sami wojskowi, ludzie służb, eksperci i analitycy zajmujący się Rosją wskazują, że głównym zagrożeniem są „działania hybrydowe”, testowanie granic itp.
Nie pełnoskalowa inwazja, bo do niej Rosja potrzebowałaby wielokrotności tego, czym obecnie dysponuje.
Nie 50 czołgów więcej.
Po trzecie i chyba najważniejsze:
co jest najważniejsze dla Polski?
Oczywiście kształt przyszłego pokoju i warunki, na jakich zostanie zawarty.
„A to jak Ukraina wykrwawia Rosję nie jest dla nas dobrze?"
To bardziej skomplikowane i ważniejsze jest jednak pytanie, czy przedłużająca się wojna jest dla nas (i warunków pokoju) korzystniejsza.
I być może nie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że im dalej w las, tym gorsze warunki pokoju stawiane są Ukrainie, a lepsze Rosji.
Co jeszcze ważniejsze i znamienne, sama Ukraina idzie na coraz większe ustępstwa.
Na początku wojny mówiono jeszcze o powrocie do granic sprzed aneksji Krymu.
Dziś gotowa jest już oddać sporą część terytorium.
Obronić niepodległość to jedno.
Czym innym i nawet trudniejszym jest zakończyć wojnę w najlepszym dla siebie momencie.
A to nie zawsze oznacza, że "im dłużej, tym lepiej".
I czy taki moment nie jest już za Ukrainą?
Tego nie wiemy, ale jest to możliwe.
A tu ładnie @PatrykJaki gruzuje Kaczorowskiego.
Tak, każdy rosyjski czołg zniszczony przez Ukraińców jest w interesie Polski.
A ta zawieszka u Kaczorowskiego na pytanie o możliwość ataku na Polskę przez rosyjskie czołgi wiele o Kaczorowskim mówi
Czy ZSRR jest częścią waszego dziedzictwa?
Tak, kiedy zakładał ONZ, wyzwalał Auschwitz i wysyłał człowieka w kosmos.
Ale kiedy mowa o wszystkich zbrodniach, to już nie my.
To Rosjanie.
Żeby była jasność:
zawsze powtarzam, że polityka historyczna ma służyć polityce zagranicznej, a prawda ma mniejsze znaczenie, niż się wydaje...
Jeśli więc ludzie się nabierają, to znaczy, że wszystko jest robione dobrze.
Parę słów ode mnie z okazji rocznicy III rozbioru Polski:
Po pierwsze post Pana Marszałka polecam ze względu na bardzo bliskie mi krytyczne spojrzenie na własne gniazdo i własne działania, a nie pretensje do innych, że robią, co chcą (o tym za chwilkę).
Tylko próbując podważyć wszystko, można odkryć, czego podważyć się nie da, a krytycyzm względem samego siebie, tak na poziomie jednostki, jak i państwa, jest jedyną drogą do sukcesu.
Po drugie jest w nas sporo pretensji do innych, które w żaden sposób nie są rozwiązaniem i do niczego nie prowadzą, bo nie mamy na działania jnnych wpływu.
Dotyczy to zarówno państw nam wrogich, jak i neutralnych, ale też sojuszników.
Ten realizuje swój interes, ten jest sojusznikiem, ale czemu robi tak mało dla Polski, tamten jest sojusznikiem, ale niepewnym.
Wnioski te przedstawia się jako odkrywcze, ale nie prowadzą one donikąd.
Podstawowe pytanie brzmi:
co Polska wtedy zrobi?
To jest ważniejsze.
I to jest niestety trudniejsze niż się oburzyć, wytknąć, że ktoś źle robi itd.
Po trzecie naszymi częstymi wnioskami z zaborów są "wnioski" względem Rosji i Niemiec.
A to, że to wyzwanie, a to, żeby nie ufać, a to, że chcą wpływów.
Wszystko to w zasadzie oczywistości.
Bo komu niby w polityce "ufać"?
Kto nie chce wpływów?
Ważniejsze jest to, że niestety nasze rozważania o „dwóch głównych” sąsiadach są częstokroć absurdalne, kłamliwe wręcz, bo łatwo bazować na negatywnych emocjach mówiąc o nich, są rzucaniem się od ściany do ściany i brakiem umiejętności odnalezienia się w różnych sytuacjach z tymi dwoma stolicami.
W czasie napięć mówimy, że to dobrze, jak Rosja z Niemcami biorą się za łby (choć nie bardzo umiemy zdefiniować, co z tego mamy), a kiedy idzie ku porozumieniu, zawsze widzimy w nim zagrożenie, niezależnie od warunków.
Anglosasi zaś, kiedy jest potrzeba konfrontacji z Rosją czy Niemcami klepią nas po plecach, przyznają "rację", którą tak kochamy mieć, a kiedy potrzeba dogadać się z nimi, robią z nas wariatów, przeciwników porozumienia, germanofobów i rusofobów.
To wciąż lekcja do odrobienia.
Po czwarte i ostatnie - czy wyciągnęliśmy wnioski z zaborów?
Moim zdaniem niestety nie.
Czy utracimy w związku z tym niepodległość?
Moim zdaniem również nie, ale nie wiem, czy tylko dlatego, że nikt nie ma zamiaru bądź siły tej niepodległości zabierać.
Wciąż za mocno pokładamy wiarę w obce stolice, ufamy im wręcz mocniej niż innym partiom w Polsce, co jest glupotą, absurdem i niestety kalką sprzed 150 lat.
Ktoś powie, że nasze spory, ta cała wojna polsko-polska są podobne do tych, z jakimi boryka się cały Zachód i będzie mieć rację.
Ja zadam wtedy pytanie:
czy Polska aby na pewno jest w takiej samej sytuacji jak „cały Zachód”, że może sobie na to pozwolić?
Politycy lubią nam powtarzać, że sytuacja międzynarodowa jest najniebezpieczniejsza od końca II wojny światowej.
Po ich działaniach i wiecznej zabawie w piaskownicy, wykorzystywaniu polityki zagranicznej do celów wewnętrznych, średnio to widać.
Czego życzyć Polsce w ten dzień?
Być może po prostu w miarę spokojnego przejścia przez obecne czasy, żebyśmy w nowym światowym porządku dalej się rozwijali, a może znaleźli się w tej hierarchii państw odrobinę wyżej.
I wiecznego przypominania, że nikomu, ale to absolutnie nikomu poza Polakami, nie będzie nigdy zależeć na Polsce.
Tylko tyle i aż tyle.
231 lat temu, 24 października 1795 roku, Rosja, Prusy i Austria przypieczętowały III rozbiór Polski.
Nie oddaliśmy wolności bez walki. Przeciwnie. Walczyliśmy mężnie i do końca. Była to jednak walka skazana na porażkę wobec miażdżącej przewagi wrogów i niekorzystnej sytuacji międzynarodowej.
Przywykliśmy większość odpowiedzialności za rozbiory zrzucać na państwa zaborcze, które siłą i wbrew prawu wymazały nas z mapy Europy. Jednak upadek potężnego niegdyś państwa poprzedziły dekady osłabiania władzy państwowej, paraliż ustrojowy, zaniedbania w rozwoju armii, rozkład finansów publicznych oraz zdrada części elit, które własne interesy przedkładały nad dobro wspólne. Słabości te wykorzystywały i pogłębiały sąsiednie mocarstwa, ingerując w polskie sprawy bezpośrednio lub poprzez podporządkowane sobie elity. Gdy podjęto próbę naprawy państwa, znalazły się środowiska gotowe szukać pomocy przeciwko własnej ojczyźnie u obcych.
III rozbiór zamyka w dziejach naszej państwowości okres, który daje zarówno powody do dumy, jak i do głębokiej refleksji. Wiemy, że państwo chcące istnieć i prowadzić niezależną politykę wymaga roztropnego i zdeterminowanego rządu, silnej armii, sprawnych instytucji, zdrowej gospodarki i elit politycznych zdolnych przedkładać interes państwa nad własne korzyści i oczekiwania obcych stolic. Wówczas tego wszystkiego zabrakło.
Wyciągnijmy wnioski z tej smutnej rocznicy. Liczne podobieństwa naszej dzisiejszej rzeczywistości do czasu przed rozbiorami niech będą dla nas przestrogą.
O naszym obecnym MSZ słów kilka.
Polecam.
Pan Sikorski jest najbardziej przehajpowanym MSZ w III RP.
Hajp wokół niego i ogłoszenie go wręcz najlepszym MSZ w historii wynikają głównie z braku zrozumienia, czym jest polityka zagraniczna.
Jest ona poszerzaniem wpływów własnego państwa i czynieniem go silniejszym pośród innych, czasem w lepszych, czasem w gorszych warunkach.
Nie polega zaś na moralizatorskich gadkach i retorycznych podskokach w stosunku do Rosji albo innych państw, bo współpracują z Rosją.
A inni jeszcze stawiają to za wzór...
Oczywiście czasem bywa tak, że retoryka na pierwszy rzut oka brzmiąca jak naiwne gadanie ma jakiś ukryty cel, jest pięknym opakowaniem dla realnego działania, ale to nie ten casus.
U nas niektórzy serio widzą w tym esencję.
Oczywiście, jak pisze kolega Master, pan minister doskonale zdaje sobie z tego sprawę, bo jest inteligentnym człowiekiem, a te wywody to typowa polityka zagraniczna podporządkowana polityce wewnętrznej.
























